| Wypawa do Chin - relacja z kolejnych 6 dni |
| Redaktor: Foreight | ||||||||
| 24.06.2008. | ||||||||
16.06.2008 r. poniedziałek70 dzień wyprawy Budzik miałem ustawiony na 6.30, ale jakoś nikt nie wstawał, więc postanowiłem trochę poleżeć. I tak wstałem po 8. Gospodyni wychodziła do pracy w wiejskim sklepie, ale 16-letnia córka Nina spisała się na medal i śniadanie, które ona przygotowała, było bardzo smaczne. Później zajechałem do sklepu podziękować gospodyni za gościnę i uzupełnić zapasy żywnościowe. Przed 10-tą ruszyłem w drogę.
Było ciepło, słonecznie, ale niestety musiałem jechać pod wiatr, który szczególnie po południu doskwierał. Pierwsze 30 km było pagórkowate, ale niezbyt trudne i po dobrej drodze. Z kolejnych 40 km 30 km było po żwirze i kamieniach. Pył unosił się w powietrzu, nie było jak oddychać. Wyboje były tak duże, żу nawet dogoniłem i wyprzedziłem TIRa! Jednak kończąc ten odcinek nie byłem zadowolony z siebie. Jadę przecież, aby nacieszyć się przepiękną przyrodą, która jest w Tajdze. A tu tylko patrzyłem w dziurawą i zapyloną drogę oraz męczyłem obolałe nogi. Do tego warkot „pełzających” samochodów całkowicie zagłuszył świergot ptaszków. I po co tu jechać – zastanawiałem się przez późne popołudnie. Na końcu tego fatalnego odcinka dopędził mnie swoim motorem pewien Szwajcar. Jedzie on do Władywostoku, a przy okazji chce jak najwięcej zwiedzić. Po 90 km również trafił się fatalny odcinek drogi. Tym razem było prawie 10 km bez jakichkolwiek fragmentów asfaltu, za to z ciężkim podjazdem po sypkim żwirze. Odechciało mi się całkowicie jazdy tym bardziej, że po tym fatalnym odcinku ju do końca dnia jechałem pod silny, przeciwny wiatr. Jednak udało mi się jeszcze przejechać kilkanaście kilometrów i wjechać do Irkuckiej Obłasci, gdzie znowu trzeba przestawić zegarek o godzinę do przodu. I tak jestem o 7 godzin do przodu w stosunku do Polski. Nocleg trafił mi się w wiosce Połowina Czernihowa. Trzeba było się trochę nachodzić, nim po 21-szej go znalazłem. Ale warto było. Gospodyni poszła spać, a ja z gospodarzem siedziałem i rozmawiałem do 1 w nocy. dystans dnia – 123,76 km czas jazdy – 7:59:48 h średnia prędkość – 15,47 km/h 17.06.2008 r. wtorek 71 dzień wyprawy Chciałem w nocy oglądać mecz Polska – Chorwacja, ale Telewizja Rosyjska wybrała mecz Niemcy – Austria, więc poszedłem dalej spać. O 6.30 przebudził mnie gospodarz, który zdążył odwieźć żonę do pracy w piekarni i przywieźć stamtąd świeże drożdżówki na śniadanie. Przygotował także do jedzenia ziemniaki smażone na boczku, ogórki, czosnek, chleb i dżem. Przy okazji znowu się „rozgadał”, więc w drogę wyruszyłem ok. 9.30. Niestety, ale trzeba było jechać pod wiatr. Podjazdów było nie wiele, ale niestety nogi bardzo odczuwały dzień wczorajszy, a dokładnie rzecz biorąc to dziury, żwir i kamienie (czasami wylatywały spod kół wprost na rower i na mnie). Po kilku kilometrach wiedziałem już, że moje nogi (głównie bolące znowu lewe kolano) nie wytrzymają jazdy po fatalnej drodze, którą mi wszyscy zapowiadali za miasteczkiem Tajszet. Kilka kilometrów za nim był 2,5 km podjazd, który kończył się żwirową drogą. Na szczycie nie widziałem poprawy, więc z cięzkim bólem serca zagadnąłem kierowców stojącej ciężarówki. Od razu zgodzili się podwieźć. Pierwsze 10 km było faktycznie fatalne, a póżniej praktycznie wszystkie podjazdy były po sypkim żwirze i kamieniach, a zjazdy po nowym asfalcie! Kilka kilometrów przed miasteczkiem Zamzor zaczął się prawie 40 km odcinek, gdzie kierowca jechał z prdkością 20 km/h (co kierowcy mówili o najlepszej, federalnej drodze w Rosji nie będę cytował). W sumie podjechałem 142 km w 3 godz. i 25 min. z kierowcami, którym się spieszyło! Ztego odcinka prawie połowa nie nadawał się do jazdy, ale trudno było przewidzieć, w którym momencie to przypada. Szkoda tych kilometrów, bo to były najpiękniejsze widoki jakie miałem podczas tej podróży, asfaltowa droga sprawiłaby wiele frajdy osobom lubiącym jeździć w górach na rowerze. Niestety, zdrowie jest najważniejsze, a głównym celem są Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. Od centrum Niżijudinska jechałem sam. Początkowo dokuczał jeszcze wiatr i słońce, ale ok. 19 ucichł i ostatnie kilkanaście kilometrów jechało się fajnie. Tym bardziej, że widoki były wspaniałe. W pewnym momencie wydawało mi się, że jadę w chmurach! Coś wspaniałego. Na nocleg zostałem we wsi Hudoljenskoje, 1 km od głównej drogi. dystans dnia – 93,49 km czas jazdy – 5:55:17 h średnia prędkość – 15,78 km/h 18.06.2008 r. środa 72 dzień wyprawy Wstałem o 6.30. Wyprane wieczorem rzeczy były bardziej mokre niż kiedy kładłem się spać (była silna rosa – dosyszyłem w drodze na kierownicy). Gospodyni wydoiła krowy i przygotowała śniadanie. Wszystko jednak sporo czasu i w drogę wyruszyłem dopiero ok. 9. Było ciepło, ale nie gorąco. Wiatru praktycznie nie było przez cały dzień, a jak się pojawiał to był słaby i sprzyjający. Większym problemem była droga, a właściwie jej brak. Po 25 km, koło miejscowości Szeberta wjechałem na 35 km odcinek drogi, gdzie była ubita ziemia, a na niej żwir i kamyki (na szczęście małe i „tępe”). Jednak było dużo dziur i trzeba było jechać wolno. Podjazdów było nie wiele, więc spokojnie jechałem. Nie dałem się nawet po 20 km skusić propozycji podwiezienia. W połowie drogi zauważyłem, że pod tą ziemią jest stary asfalt. Ale ktoś sobie wymyślił sposób remontowania drogi. Po tej przeprawie było już całkiem fajnie. Spotkałem Rosjanina, który jedzie z Władywostoku przez Murmańsk i Sankt Petersburg do Moskwy, a jak wystarczy mu czasu to zamierza pojechać jeszcze do Kijowa. Jadąc wyminął już całkiem sporą liczbę rowerzystów z Europy zmierzających do Pekinu. Plan na dzień to 110 km. Akurat wówczas była wioska Traktowoje. Było po 17, więc jakby szybko udało się znaleźć nocleg, to możnaby wyprać jeszcze zakużone rzeczy – pomyślałem. W połowie wioski zaczepiło dwóch mężczyzn po 30-stce stojących przed domem. Chwila rozmowy, zaraz pojawiła się herbata i ciastka oraz propozycja noclegu. Zgodziłem się (dom z zewnątrz wyglądał normalnie). Zaprowadzili mnie do sąsiada do bani, gdzie się umyłem i wyprałem swoje rzeczy. Rozwiesiłem je i poszedłem do domu jeść. I wówczas czar prysł. Okazało się, że jeden z ww. Dwójki jest pijany i śpi, jego ojciec siedzi na łóżku w samej koszuli, a matka poza małym talerzem plemienie nie ma co postawić na stół (nie było nawet chleba). O porządku (a raczej nie porządku) w domu nie wspomnę. Postanowiłem jednak wysuszyć ubranie i wyczyścić z piasku łańcuch i zębatki w rowerze. Przed 9-tą wmówiłem gospodyni i drugiemu synowi, że wypocząłem i zamierzam ruszyć dalej w drogę. Nie protestowała, a wręcz poparła. 1 km dalej, pod koniec tej wioski, dostałem nocleg w normalnej rodzinie. Z praktycznie dorosłym synem, który zaczynał chodzić po operacji kolana, do północy siedziałem i rozmawiałem o sporcie. dystans dnia – 111,54 km czas jazdy – 6:15:50 h średnia prędkość – 17,80 km/h 19.06.2008 r. czwartek 73 dzień wyprawy Wstałem dopiero przed 8 rano, ale gospodyni szybko przygotowała śniadanie, więc przed 9-tą i tak byłem gotowy do drogi. Wówczas okazało się, że dzieci wieczorem gdzieś zapodziały moje rękawiczki. Córka nic nie wiedziała na ten temat, dopóki matka nie krzyknęła – wówczas pamięć wróciła. Dzień był słoneczny, ale tylko momentami było gorąco. Praktycznie przez cały dzień miałem sprzyjający wiatr, więc jechało się fajnie i szybko. Ok. 15-stej dotarłem do centrum handlowego (bazaru) nieopodal miasta Zima. Musiałem wykonać jeden telefon do Irkucka. Znalazłem tylko jedno miejsce, z którego mogłem zadzwonić, ale cena była porażająca – 20 rub. za min. (wcześniej płaciłem po 3 rub. za podobne rozmowy). Monopolista – pomyślałem. Zadzwoniłem, bo musiałem. Wówczas okazało się, że moje kilka zdań to 4 min. 15 sek. i muszę zapłacić jak za 5 min. 100 rub. Facet nie był skłonny do dyskusji. Czas mierzył zegarem wiszącym na ścianie, ale nie znał godziny rozpoczęcia rozmowy! Zagroził tylko, że wezwie milicję (a z nia akurat na dyskusje nie miałem ochoty). Wystawienia rachunku, czy też zwykłego pokwitowania na kartce oczywiście odmówił. Na terenie tegoż bazaru postanowiłem się posilić. Kiedy kończyłem jedzenie w towarzystwie dwóch młodych sprzedawczyń, trochę popadało, ale chmury pozostały. Kilka kilometrów dalej musiałem zrobić przystanek pod wiatą autobusową, aby przeczekać deszcz. Jako że miałem korzystny wiatr, postanowiłem „wykręcić” 135 km, czyli przypuszczalnie połowę drogi do Usole Syberyjskie, mojego kolejnego przystanku na odpoczynek. Po zrealizowaniu planu trafiłem na wioskę Tyriec, oddaloną 2 km od głównej drogi. Zastanawiałem się, czy nie jechać dalej, ale z zebranych informacji wynikało, że kolejna miejscowość będzie za ok. 20 km, a to było za dużo tym bardziej, że od Zimy droga była mocno „pofalowana” (wcześniej górki oddzielały płaskie odcinki). Nocleg trafił mi się u Pani po 60-tce, która ma niespełna 3000 rub. (300 zł) emerytury. Żyje z handlu owczą wełną, jajkami, mlekiem i twarogiem na rynku. Jej dziadek był Polakiem, a sama pochodzi z Krymu. Jak mi przyznała, widziała, jak mi w pierwszym domu odmówili noclegu, ale ona się nie bała, bo i tak nie mam co jej zabrać.Bardzo sympatyczna Pani. Później także przez chwilę porozmawiałem sobie z jej córką i zięciem, ale byłem zbyt śpiący i ok. 10.30 poszedłem spać. dystans dnia – 137,33 km czas jazdy – 6:57:53 h średnia prędkość – 19,71 km/h 20.06.2008 r. piątek 74 dzień wyprawy Wstałem o 6.30. Kiedy przygotowywałem się do drogi, Pani Nina miała już wydojone krowy i była zajęta przygotowaniem śniadania dla mnie oraz rozlaniem mleka do butelek, które później miała iść sprzedać na rynku w pobliskim miasteczku (1,5l – 30 rub.). Bardzo przeżywała, że jej syn sobie wczoraj wypił i przyszedł spać do niej zamiast do sowjego domu. W drogę wyruszyłem po 8-ej. Prawie przez cały dzień było mglisto, pochmurno i od czasu do czasu padał niewielki deszcz. Do tego, pomimo że było dość chłodno, nie było czym oddychać. Widoczne to było szczególnie przez pierwsze 110 km, gdzie płaskiego było nie wiele (były same podjazdy i zjazdy, ale raczej łagodne). Wiatru prawie nie było, a jak już był to z tyłu lub z boku. Po 100 km trafiłem na wioskę, do której się udałem, aby kupić coś do jedzenia. Sklep był w werandzie domu. Poza chlebem i lemoniadą nie było jednak nic, co by mi się przydało. Ale wówczas sklepowa zaprosiła mnie do siebie na zupę, do której dokroiła trochę wędzonego boczku i chleba. Później była jeszcze herbata i ciastka! Po kolejnych 20 km wiedziałem już, że pomimo bolącej łydki, dotrę na nocleg w Usole Syberyjskim. Jednak trzeba było go telefonicznie domówić (w Krasnojarsku zakładałem, że dotrę dopiero w sobotę). W tym celu zatrzymałem się w przydrożnej restauracji. Telefonu nie mieli. Ale chwilę porozmawiałem z obsługą (Taddżykami), którzy poczęstowali mnie obiadem. Tym razem była zupa i płow! I tak zjadłem drugi obiad, a nocleg potwierdziłem SMS-em. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie „guma” na 2 km przed „metą”. Ale wieczór spędzony z rodakami (i z naszą „kuchnią”) mi to wynagrodził. Kładłem się spać po 1-szej w nocy. dystans dnia – 152,31 km czas jazdy – 7:41:47 h średnia prędkość – 19,78 km/h dystans całkowity – 6881 km całkowity czas jazdy – 380:37 21.06.2008 r. sobota 75 dzień wyprawy Dzien wolny od jazdy na rowerze, ale nie wolny od niego samego. Otoz po porannej Mszy Sw. w j. Polskim (w Usolu Syberyjskim mieszka spora Polonia) spotkalem sie z Panem Walentym Maslowem, nauczucielem z polskiego gimnazjum, które jako jedyne w Rosji ma caly program nauczania w naszym języku. Pan Walentyn jest także zapalonym rowerzysta, m.in. zrobil sobie wycieczke rowerowa dookola Polski. Pomogl mi dokonac generalnego przegladu roweru. Troche wycentrowal tylne kolo oraz wymienilismy przednia opone (pokonala ponad 7 tys. km!) i detke. Doradzil także (podobnie myslalem już od Krasnojarska), abym w Irkucku wymienil kasete, przerzutke, lancuch i przedni naped. Zrobilibysmy to od razu, ale nie mialem przednich zebatek w zapasie. Poszlimy także na krotki spacer po miescie. Przy okazji wymienilem baterie w liczniku rowerowym, ponieważ na ostatnich dwoch km cos się dziwnie zachowywal. Niestety, pomimo ze wymiana trwala tylko kilka sekund, dane z licznika się wykasowaly. Wszystkie wprowadzilem od nowa, ale bez 37 min. calkowitego czasu jazdy (opcja wprowadzania przewiduje tylko godziny). Na rynku kupilem także cienkie spodnie, typowe na lato, za 250 rub. + para skarpet gratis. A wlasciwie to kupil mi je w prezencie Pan Walentyn (Rosjanie maja to do siebie, ze musza dawac prezenty). Wczesnym popoludniem udalem się do Dzieciecego Klubu w Usolu Syberyjskim, prowadzonym przez Siostry Albertynki. Pojawila się co prawda tylko część dzieci, ponieważ spora grupa tego dnia rano wyjechala z Siostrami nad Bajkal na „Wakacje z Bogiem”. Dzieci w Klubie ucza się piosenek, tanczyc i spiewac oraz mogą się bawic i grac na komputerze. I co ciekawe – nie musza być ochszczone, czy tez pochodzic z rodzin katolickich. Klub jest dla wszystkich dzieci. Pozne popoludnie to pisanie kolejnych relacji z Podrozy do Polski. Nie moglo także zabraknac czasu na rozmowy z rodakami. Dzieki nim latwiej przezywam rozlake z krajem. Tematem ostatnich dni w Rosji jest niesamowicie szybko drozejace paliwo. W ciagu dwoch tygodni benzyna E95 podrozala o 6 rub. (0,60 zl) i obecnie 1l kosztuje 31 rub (3,10 zl). dystans dnia – 152,31 km czas jazdy – 7:41:47 h średnia prędkość – 19,78 km/h dystans całkowity – 6881 km całkowity czas jazdy – 380:37 Zdjęcia z wyprawy w naszej galerii - dziś 10 nowych zdjęć Wyprawa rowerowa Pekin 2008 Wortal Rowerowe.net jest oficjalnym patronatem wyprawy.
Powered by AkoComment! |
||||||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|