| Tysiąc kilometrów na rowerach! |
| Redaktor: Foreight | ||||||||
| 26.05.2008. | ||||||||
Ponad tysiąc kilometrów przejadą w tym roku na rowerach kaliscy energetycy, wyruszający na trasę V Wiosennego Rajdu Rowerowego „Z prądem Wisły”. Po raz pierwszy towarzyszyć im będą koledzy po fachu z Ostrołęki. Trasa rajdu wiedzie z Wisły do Gdańska.
Piąty rajd rowerowy energetyków to już połowiczny jubileusz, wymagał więc specjalnej oprawy. Dlatego m.in. powstał nowy blog rajdowy na portalu Onet.pl (przedstawiający historię i zdjęcia ze wszystkich dotychczasowych wypraw), a jednym z celów wyprawy jest propagowanie projektu budowy Wiślanej Trasy Rowerowej. Wyjątkowy rajd Tegoroczny rajd rowerowy pracowników ENERGI wiedzie od górskich źródeł Wisły aż do jej ujścia w Gdańsku. Trwać będzie wyjątkowo długo – od 22 do 29 maja (a wraz z podróżą – całe 10 dni). 24 i 25 maja kolarzy czekają najtrudniejsze chwile, dwa etapy na dystansie niespełna 145 kilometrów dziennie, tuż po pokonaniu trudnych górskich dróg. Łącznie energetycy z Kalisza i Ostrołęki przejadą ponad tysiąc kilometrów (rzeka Wisła ma długość 1047 kilometrów). Najdłuższa z dotychczasowych trasa rajdu i najtrudniejsze odcinki etapowe nie są jedynym problemem, z którym zmierzyć się będą musieli nasi cykliści. Jadąc przez Kraków, Warszawę, Płock i Toruń – niejeden raz o miejsce na jezdni będą musieli walczyć z pędzącymi TIR-ami i niecierpliwymi kierowcami osobówek. Jak podpowiada im doświadczenie, właśnie te odcinki drogi są najtrudniejsze. Z respektem dla drogi A jak się czują w pochmurny, deszczowy dzień – na chwilę przed wyjazdem do Wisły? – Hm, czujemy na pewno ogromną satysfakcję, że po raz kolejny udało się nam zorganizować rajd i że czeka nas piękna wyprawa oraz poważne wyzwanie – mówi Paweł Czarny, organizator rajdów od samego początku ich istnienia, czyli od 2004 roku. – Dalecy jednak jesteśmy od zbyt wielkiej pewności siebie. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie tylko ogólny dystans rajdu, ale i poszczególne odcinki będą ciężkie. Szczególnie ten w górach – 140 kilometrów trudnych podjazdów i ostrych zjazdów na zakrętach. Po raz pierwszy też będziemy jechać tak długo i tak daleko. Czujemy respekt dla czekającej nas drogi. Ale powalczymy – dodaje z uśmiechem. Wieczorne powitanie Na miejsce pierwszego noclegu jadące z osobna ekipy kaliska i ostrołęcka dotarły niemal w tym samym momencie (ok. godz. 20.30). Trzeba jednak oddać sprawiedliwość kolegom z Ostrołęki, którzy wyruszyli z domów o godz. 11 – oni bardziej odczuli trudy podróży, spędzając w samochodzie ponad 9 godzin. Kaliszanie jechali cztery godziny krócej. Co ciekawe: kolarze z obu miast w Wiśle spotkali sie po raz... pierwszy! Wszystkie szczegóły wspólnej wyprawy dogadywane były telefonicznie przez dwie osoby. Cykliści, którzy wspólnie spędzą na trasie półtora tygodnia, dopiero co się poznali i pierwszy raz porozmawiali w pełnym gronie przy późnej obiadokolacji. Ale że wszyscy tryskają energią i nadzieją na pomyślną podróż – rajd zapowiada się naprawdę ciekawie. Trzy tysiące kilometrów za plecami Rajdy rowerowe energetyków z Kalisza weszły na stałe do kalendarza amatorskich imprez sportowych. W dotychczasowych czterech wyprawach przejechali już prawie 3 tysiące kilometrów! Przed trzema laty rajd odbywał się na trasie Kalisz-Karpacz-Kalisz (550 km). Punktem kulminacyjnym wyprawy był wówczas grupowy wjazd na Śnieżkę (1603 m n.p.m.). Dwa lata temu amatorska drużyna kolarzy przebyła 700 km, jadąc „Szlakiem Polskich Latarni Morskich” wzdłuż wybrzeża Bałtyku, od Świnoujścia do Krynicy Morskiej. W roku 2006 „Szlakiem ENERGI” pokonali trasę liczącą 900 km, odwiedzając Toruń, Olsztyn, Elbląg, Gdańsk, Słupsk i Koszalin. W minionym roku „Szlakiem Warmii i Mazur” zmierzyli się z ponad 600-kilometrowym dystansem. Z Wisły do Krakowa – I dzień rajdu To nie był wymarzony start. Nie dość że pogoda spłatała figla i zgotowała kolarzom mglisto-dżdżyste powitanie, to na dodatek pomyłkowy zakręt już na początku rajdu zmusił ich do kilkukilometrowego pięcia się na rowerach pod górę. W miejsce, z którego wyjeżdżali. Same urozmaicenia Po tej przymusowej, acz niechcianej rozgrzewce trasa na szczęście była bardzo urozmaicona. Najpierw pięła się pod górę, później stromo wiodła pod górę, a na koniec po prostu wznosiła się pod górę. Trudno się było nudzić przy tak szybko zmieniających się warunkach jazdy... Dzisiejsza aura zadbała też o to, by nie rozpraszać uwagi cyklistów skupionych na drodze. Wszak ich zadaniem jest JECHAĆ, a nie się rozglądać. Pewnie z tego względu przez kilka pierwszych godzin mgła nie odpuszczała ani na chwilę, skutecznie zasnuwając wszystko jednolicie szarą zasłoną. W niektórych momentach widoczność ograniczała się do kilku metrów. Strach było jechać nie tylko na rowerze, ale i samochodem, by kogoś nie potrącić. Procesja w górach Gdy energetyczny peleton wjechał do jednego z mijanych miast, trafił w sam środek procesji prowadzonej główną drogą przez księży i policjantów. Kolarze przecisnęli się jakoś bokiem, ale samochód obsługi technicznej utkwił na dobre na środku drogi. W końcu, po jakichś 30 minutach przymusowego, postoju udało się ruszyć z miejsca i dogonić rozpędzonych kolarzy. Wreszcie nieco się rozpogodziło, choć słońce, zachmurzone i najwyraźniej dziś w złym humorze, nie wyjrzało zza chmur ani na chwilę. Jednak im niżej schodziła droga, tym szerszy odkrywał się horyzont. Dzięki temu wytrwali rowerzyści wreszcie zobaczyli, a nie tylko poczuli w nogach, że przemierzają jedne z najpiękniejszych polskich gór. 60 kilometrów na godzinę Kolejnych kilka godzin energetyczni cykliści poświęcili na nadrobienie dystansu – ich zdaniem zbyt wolno pokonywanego na dopiero co zostawionych za plecami wzniesieniach. Wprawdzie droga nadal przez długi czas częściej wznosiła się niż opadała, ale gdy wreszcie dopadli ładny i długi zjazd z górki, ekipa techniczna długo szukała kolegów na drodze – pomknęli 60 km/h i błyskawicznie odskoczyli od wozu na kilkanaście kilometrów. Potem było już normalnie, czyli żmudnie, ale wytrwale – do celu, którym był podkrakowski hotelik. Fragment zatłoczonej w długi weekend drogi pokonali stosunkowo łatwo dzięki pracom prowadzonym przez budowlańców na sporym jej odcinku. Wolnym od samochodów pasem zmierzali w stronę Wawelu. Zwieńczeniem dnia była narada poprzedzająca kolejny dzień rajdu. Rajdowcy z Ostrołęki i Kalisza zgodnie stwierdzili, że spodziewali się trudniejszej trasy. I chociaż dostali popalić – nikt nie czuje się zniechęcony przed kolejnym dniem wyprawy. Podróż z przygodami – II dzień rajdu Defilada na krakowskim rynku Ranek był chłodny. Gdy drobna mżawka przyprószyła ramy rowerów, wydawało się, że nie czeka nas nic dobrego. Jednak już wjeżdżając do Krakowa – z ulgą poczuliśmy, że robi się coraz cieplej. Przedarliśmy się przez poranne korki i po pamiątkowej fotografii przy młodszym bracie wawelskiego smoka (ogniem ział dość niemrawo), ruszyliśmy na krakowską starówkę. Tam oddaliśmy szacunek należny historii jednego z najznamienitszych polskich grodów. Defilada na stalowych rumakach wokół sukiennic dopełniła obrządku i... mogliśmy ruszyć w trasę. Najgorszy jest ten hałas Wydawała się, że droga wzdłuż Wisły będzie miłą odmianą po zmaganiach na etapie górskim. Ścieżki rowerowe i szerokie chodniki wydawały się nas witać z szeroko rozłożonymi ramionami i obiecującym uśmiechem. Jednak nic bardziej mylnego. – Najgorszy jest ten hałas na ulicach, chwilami wręcz ogłusza – stwierdził na wylocie z miasta Andrzej Kubiak. Pozornie przyjazne ulice były straszliwie zakorkowane, a prace budowlane ciągnące się od samego centrum utrudniały przejazd nawet rowerom. Bezowocne poszukiwania Nie dość tego. Za Krakowem Bogdan Naskręcki zmuszony został do przerwania rajdu. Opona rozcięta na kilka centymetrów i dętka przebita na wylot – to skutek jazdy niewygodnym poboczem. W kilku pobliskich miasteczkach bezowocnie poszukiwaliśmy egzemplarza zastępczego, który umożliwiłby mu dalszą wędrówkę na dwóch kołach. Ale nawet jeśli sklep z akcesoriami rowerowymi był otwarty, rozmiaru 28 nie mogliśmy nigdzie dostać. W rezultacie nową i odpowiednią oponę udało się znaleźć dopiero w Połańcu. Nudno i nerwowo Paweł Czarny, organizator rajdu, trafnie i krótko określił charakter przebytej trasy: – To był nudny i nerwowy etap – stwierdził. Nudny, bo chociaż wiódł prostą drogą, nie pozwolił nacieszyć oczu krajobrazem i nie ułatwiał pedałowania. Dość jednolita i ciągnąca się długo zabudowa podmiejska, niewielka ilość wzniesień czy jakichkolwiek urozmaiceń na trasie skutkowała monotonią jazdy. A ta nie sprzyja zmęczonym nogom cyklistów na ponadstukilometrowym odcinku wyprawy. Kto potrafi jeździć? Pojawiły się pierwsze kontuzje. Nie brakowało też pierwszych groźnych sytuacji na drodze. Znowu okazało się, że mieć prawo jazdy – nie znaczy umieć jeździć. Każdy z uczestników rajdu jest nie tylko zapalonym rowerzystą, ale i kierowcą większych lub mniejszych samochodów. Znają więc obie strony medalu. Ale jak z uznaniem witali kierowców ciężarówek omijających ich na wszelki wypadek większym łukiem, tak głęboką irytację budzili osobnicy prowadzący auto na kilka centymetrów od nich samych. Pęd TIR-ów szarpał czasem kierownicą i ciałami kolarzy, to jednak było wkalkulowane w jazdę główną drogą. Najgorszy okazał się za to kierowca furgonetki, który wyprzedzając na trzeciego, mrugnął jedynie w ostatniej chwili światłami i... jechał wprost na niewielki peleton energetyków! Chcąc nie chcąc, musieli błyskawicznie zryć oponami piaszczyste pobocze. Koniec etapu przywitali z ulgą. W przydrożnym motelu zaparkowali rowery i zmęczeni, trochę już obolali, zjedli kolację, a potem bardzo szybko poszli spać. Jednak nie wszyscy mogli zasnąć – ale o tym w relacji z soboty. O jednego mniej – III dzień rajdu W sobotnią noc nie wszyscy mogli spać. Niektórzy wręcz zostali wyrwani ze snu wbrew swej woli. A ekipa uszczupliła się o jednego uczestnika rajdu. Szpitalne perypetie Co się stało? W zasadzie nic nadzwyczajnego. Rajdowy fotoreporter, któremu dotąd żadna choroba nie przeszkodziła dotąd w uczestnictwie w poprzednich trzech wyprawach, tym razem poległ w walce z chorobą. Bogdan i Krzysztof, wyrwani ze snu jego telefonem do lekarza, szybko podjęli decyzję, by zawieźć go do najbliższego szpitala. Po serii badań spędził pod kroplówką całą noc i ranek. Wypisany został dopiero po złożeniu solennej obietnicy, że wróci do Kalisza, by dokończyć diagnostykę i wykonać kilka poważniejszych badań. W ten sposób zakończył się udział w wyprawie jednego z jej uczestników. – Skoro brakuje mi zdrowia, nie może mi brakować rozsądku – podsumował żegnając się z żale z kolegami. Dalej ekipa pojedzie w siedmioosobowym składzie. Spotkanie z historią W międzyczasie Bogdanowi udało się znaleźć sklep z akcesoriami rowerowymi. Gdy ekipa – na tym odcinku jeszcze w pełnym składzie – dotarła do Sandomierza, szybko założył nową oponę w miejsce przebitej i wraz z cyklistami z Ostrołęki i Kalisza ruszył na sandomierski zamek, a potem na starówkę. Położona na Wzgórzu Zamkowym rezydencja renesansowa (wcześniej funkcjonująca jako gród murowany wzniesiony w czasach panowania króla Kazimierza Wielkiego), dziś urzeka pięknem, ale ma też swoją dramatyczną historię. W czasie potopu Szwedzi wysadzili zamek w powietrze, grzebiąc pod gruzami kilkuset jego mieszkańców. Choć trudno w to uwierzyć, od XIX wieku aż do roku 1959 zamek pełnił funkcję więzienia. Później przebudowano go i przystosowano do zwiedzania. Obecnie na zamku mieści się muzeum. Trudniej, ale łatwiej Przymusowy powrót do Kalisza fotoreportera zmienił nieco plany energetyków jadących wzdłuż Wisły. Mimo częściowego zorganizowania transportu rajdowego kolegi, ekipa kolarzy musiała na kilka godzin pozbyć się wozu technicznego. A to oznaczało, że do plecaków musieli wziąć zarówno cieplejsze ubrania, jak i więcej wody, którą dotychczas wieźli w samochodzie techniczni uczestnicy rajdu. I z takim znacznie większym obciążeniem musieli przejechać prawie 150-kilometrowy etap rajdu. – Mimo to etap był bardzo fajny, pogoda nam sprzyjała – powiedział Ryszard Rucki z Ostrołęki. Bo droga była za wąska... I znowu największy problem był z kilkoma kierowcami. Podkreślamy, że kilkoma, bo wiadomo, że tak na drodze, jak na jeziorze, szlaku w górach czy spływie rzeką – zawsze można spotkać kogoś o mniejszej kulturze podróżowania czy wypoczynku. Mijały nas setki samochodów, niejeden z kierowców witał nas z uśmiechem lub nawet pomachał na pożegnanie, ale zdarzały się również mniej przyjazne historie. TIR wyprzedzający nas z dużą prędkością – spory kawałek dalej jechał przeciwnym pasem, zmuszając nadjeżdżającą z przeciwka kobietę do zjechania samochodem osobowym na pobocze. Nas nieprzyjaźnie potraktowali dwaj kierowcy autobusów. Choć to właśnie te pojazdy blokują nieraz drogę na długich odcinkach, najwyraźniej poczuli się lepiej, znajdując na drodze kogoś słabszego od siebie. Otrąbili nas, minęli niemal zahaczając i bezgłośnie zwyzywali za... jazdę zgodną z przepisami. Obgryzanie kierownicy – Zdarzyła się jeszcze jedna zabawna historia. Gdy przejeżdżaliśmy przez most na Wiśle, z naprzeciwka również jechał rowerzysta. Pewnie mieszkaniec pobliskiej miejscowości. Za nim mknęła jakaś osobówka. Gdy okazało się, że jej kierowca nie będzie mógł na moście wyprzedzać, musiał zwolnić. I w tym momencie omal sobie kierownicy ze złości nie obgryzł. Nakrzyczał na nas, nawyzywał, naszarpał się w miejscu, aż w końcu pojechał dalej – relacjonuje Ryszard Rucki. – Dalej jechaliśmy już spokojnie – dodaje. – Było kilka dłuższych podjazdów, ale przemierzaliśmy je w miarę spokojnie. Deszczu nie było, raz po raz przeświecało słońce, więc na zmianę: zdejmowaliśmy cieplejsze kurtki i zakładaliśmy je ponownie. Dopiero przed samym Kazimierzem Dolnym zrobiło się chłodno, trochę nieprzyjemnie. Tak zajechaliśmy do miasta – wspomina energetyk z Ostrołęki. Dzień zakończył się kolacją i spacerem po kazimierskiej starówce, słynącej z zabytków sprzed wieków. Zmęczeni jednym z najdłuższych odcinków trasy, kolarze z Kalisza i Ostrołęki po prostu położyli się spać, by zgromadzić niezbędne zapasy energii na kolejny dzień rajdu „Z prądem Wisły”. Piąty rajd rowerowy energetyków to już połowiczny jubileusz, wymagał więc specjalnej oprawy. Dlatego m.in. powstał nowy blog rajdowy na portalu Onet.pl (przedstawiający historię i zdjęcia ze wszystkich dotychczasowych wypraw), a jednym z celów wyprawy jest propagowanie projektu budowy Wiślanej Trasy Rowerowej. Wyjątkowy rajd Tegoroczny rajd rowerowy pracowników ENERGI wiedzie od górskich źródeł Wisły aż do jej ujścia w Gdańsku. Trwać będzie wyjątkowo długo – od 22 do 29 maja (a wraz z podróżą – całe 10 dni). 24 i 25 maja kolarzy czekają najtrudniejsze chwile, dwa etapy na dystansie niespełna 145 kilometrów dziennie, tuż po pokonaniu trudnych górskich dróg. Łącznie energetycy z Kalisza i Ostrołęki przejadą ponad tysiąc kilometrów (rzeka Wisła ma długość 1047 kilometrów). Najdłuższa z dotychczasowych trasa rajdu i najtrudniejsze odcinki etapowe nie są jedynym problemem, z którym zmierzyć się będą musieli nasi cykliści. Jadąc przez Kraków, Warszawę, Płock i Toruń – niejeden raz o miejsce na jezdni będą musieli walczyć z pędzącymi TIR-ami i niecierpliwymi kierowcami osobówek. Jak podpowiada im doświadczenie, właśnie te odcinki drogi są najtrudniejsze. Z respektem dla drogi A jak się czują w pochmurny, deszczowy dzień – na chwilę przed wyjazdem do Wisły? – Hm, czujemy na pewno ogromną satysfakcję, że po raz kolejny udało się nam zorganizować rajd i że czeka nas piękna wyprawa oraz poważne wyzwanie – mówi Paweł Czarny, organizator rajdów od samego początku ich istnienia, czyli od 2004 roku. – Dalecy jednak jesteśmy od zbyt wielkiej pewności siebie. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że nie tylko ogólny dystans rajdu, ale i poszczególne odcinki będą ciężkie. Szczególnie ten w górach – 140 kilometrów trudnych podjazdów i ostrych zjazdów na zakrętach. Po raz pierwszy też będziemy jechać tak długo i tak daleko. Czujemy respekt dla czekającej nas drogi. Ale powalczymy – dodaje z uśmiechem. Wieczorne powitanie Na miejsce pierwszego noclegu jadące z osobna ekipy kaliska i ostrołęcka dotarły niemal w tym samym momencie (ok. godz. 20.30). Trzeba jednak oddać sprawiedliwość kolegom z Ostrołęki, którzy wyruszyli z domów o godz. 11 – oni bardziej odczuli trudy podróży, spędzając w samochodzie ponad 9 godzin. Kaliszanie jechali cztery godziny krócej. Co ciekawe: kolarze z obu miast w Wiśle spotkali sie po raz... pierwszy! Wszystkie szczegóły wspólnej wyprawy dogadywane były telefonicznie przez dwie osoby. Cykliści, którzy wspólnie spędzą na trasie półtora tygodnia, dopiero co się poznali i pierwszy raz porozmawiali w pełnym gronie przy późnej obiadokolacji. Ale że wszyscy tryskają energią i nadzieją na pomyślną podróż – rajd zapowiada się naprawdę ciekawie. Trzy tysiące kilometrów za plecami Rajdy rowerowe energetyków z Kalisza weszły na stałe do kalendarza amatorskich imprez sportowych. W dotychczasowych czterech wyprawach przejechali już prawie 3 tysiące kilometrów! Przed trzema laty rajd odbywał się na trasie Kalisz-Karpacz-Kalisz (550 km). Punktem kulminacyjnym wyprawy był wówczas grupowy wjazd na Śnieżkę (1603 m n.p.m.). Dwa lata temu amatorska drużyna kolarzy przebyła 700 km, jadąc „Szlakiem Polskich Latarni Morskich” wzdłuż wybrzeża Bałtyku, od Świnoujścia do Krynicy Morskiej. W roku 2006 „Szlakiem ENERGI” pokonali trasę liczącą 900 km, odwiedzając Toruń, Olsztyn, Elbląg, Gdańsk, Słupsk i Koszalin. W minionym roku „Szlakiem Warmii i Mazur” zmierzyli się z ponad 600-kilometrowym dystansem. Z Wisły do Krakowa – I dzień rajdu To nie był wymarzony start. Nie dość że pogoda spłatała figla i zgotowała kolarzom mglisto-dżdżyste powitanie, to na dodatek pomyłkowy zakręt już na początku rajdu zmusił ich do kilkukilometrowego pięcia się na rowerach pod górę. W miejsce, z którego wyjeżdżali. Same urozmaicenia Po tej przymusowej, acz niechcianej rozgrzewce trasa na szczęście była bardzo urozmaicona. Najpierw pięła się pod górę, później stromo wiodła pod górę, a na koniec po prostu wznosiła się pod górę. Trudno się było nudzić przy tak szybko zmieniających się warunkach jazdy... Dzisiejsza aura zadbała też o to, by nie rozpraszać uwagi cyklistów skupionych na drodze. Wszak ich zadaniem jest JECHAĆ, a nie się rozglądać. Pewnie z tego względu przez kilka pierwszych godzin mgła nie odpuszczała ani na chwilę, skutecznie zasnuwając wszystko jednolicie szarą zasłoną. W niektórych momentach widoczność ograniczała się do kilku metrów. Strach było jechać nie tylko na rowerze, ale i samochodem, by kogoś nie potrącić. Procesja w górach Gdy energetyczny peleton wjechał do jednego z mijanych miast, trafił w sam środek procesji prowadzonej główną drogą przez księży i policjantów. Kolarze przecisnęli się jakoś bokiem, ale samochód obsługi technicznej utkwił na dobre na środku drogi. W końcu, po jakichś 30 minutach przymusowego, postoju udało się ruszyć z miejsca i dogonić rozpędzonych kolarzy. Wreszcie nieco się rozpogodziło, choć słońce, zachmurzone i najwyraźniej dziś w złym humorze, nie wyjrzało zza chmur ani na chwilę. Jednak im niżej schodziła droga, tym szerszy odkrywał się horyzont. Dzięki temu wytrwali rowerzyści wreszcie zobaczyli, a nie tylko poczuli w nogach, że przemierzają jedne z najpiękniejszych polskich gór. 60 kilometrów na godzinę Kolejnych kilka godzin energetyczni cykliści poświęcili na nadrobienie dystansu – ich zdaniem zbyt wolno pokonywanego na dopiero co zostawionych za plecami wzniesieniach. Wprawdzie droga nadal przez długi czas częściej wznosiła się niż opadała, ale gdy wreszcie dopadli ładny i długi zjazd z górki, ekipa techniczna długo szukała kolegów na drodze – pomknęli 60 km/h i błyskawicznie odskoczyli od wozu na kilkanaście kilometrów. Potem było już normalnie, czyli żmudnie, ale wytrwale – do celu, którym był podkrakowski hotelik. Fragment zatłoczonej w długi weekend drogi pokonali stosunkowo łatwo dzięki pracom prowadzonym przez budowlańców na sporym jej odcinku. Wolnym od samochodów pasem zmierzali w stronę Wawelu. Zwieńczeniem dnia była narada poprzedzająca kolejny dzień rajdu. Rajdowcy z Ostrołęki i Kalisza zgodnie stwierdzili, że spodziewali się trudniejszej trasy. I chociaż dostali popalić – nikt nie czuje się zniechęcony przed kolejnym dniem wyprawy. Podróż z przygodami – II dzień rajdu Defilada na krakowskim rynku Ranek był chłodny. Gdy drobna mżawka przyprószyła ramy rowerów, wydawało się, że nie czeka nas nic dobrego. Jednak już wjeżdżając do Krakowa – z ulgą poczuliśmy, że robi się coraz cieplej. Przedarliśmy się przez poranne korki i po pamiątkowej fotografii przy młodszym bracie wawelskiego smoka (ogniem ział dość niemrawo), ruszyliśmy na krakowską starówkę. Tam oddaliśmy szacunek należny historii jednego z najznamienitszych polskich grodów. Defilada na stalowych rumakach wokół sukiennic dopełniła obrządku i... mogliśmy ruszyć w trasę. Najgorszy jest ten hałas Wydawała się, że droga wzdłuż Wisły będzie miłą odmianą po zmaganiach na etapie górskim. Ścieżki rowerowe i szerokie chodniki wydawały się nas witać z szeroko rozłożonymi ramionami i obiecującym uśmiechem. Jednak nic bardziej mylnego. – Najgorszy jest ten hałas na ulicach, chwilami wręcz ogłusza – stwierdził na wylocie z miasta Andrzej Kubiak. Pozornie przyjazne ulice były straszliwie zakorkowane, a prace budowlane ciągnące się od samego centrum utrudniały przejazd nawet rowerom. Bezowocne poszukiwania Nie dość tego. Za Krakowem Bogdan Naskręcki zmuszony został do przerwania rajdu. Opona rozcięta na kilka centymetrów i dętka przebita na wylot – to skutek jazdy niewygodnym poboczem. W kilku pobliskich miasteczkach bezowocnie poszukiwaliśmy egzemplarza zastępczego, który umożliwiłby mu dalszą wędrówkę na dwóch kołach. Ale nawet jeśli sklep z akcesoriami rowerowymi był otwarty, rozmiaru 28 nie mogliśmy nigdzie dostać. W rezultacie nową i odpowiednią oponę udało się znaleźć dopiero w Połańcu. Nudno i nerwowo Paweł Czarny, organizator rajdu, trafnie i krótko określił charakter przebytej trasy: – To był nudny i nerwowy etap – stwierdził. Nudny, bo chociaż wiódł prostą drogą, nie pozwolił nacieszyć oczu krajobrazem i nie ułatwiał pedałowania. Dość jednolita i ciągnąca się długo zabudowa podmiejska, niewielka ilość wzniesień czy jakichkolwiek urozmaiceń na trasie skutkowała monotonią jazdy. A ta nie sprzyja zmęczonym nogom cyklistów na ponadstukilometrowym odcinku wyprawy. Kto potrafi jeździć? Pojawiły się pierwsze kontuzje. Nie brakowało też pierwszych groźnych sytuacji na drodze. Znowu okazało się, że mieć prawo jazdy – nie znaczy umieć jeździć. Każdy z uczestników rajdu jest nie tylko zapalonym rowerzystą, ale i kierowcą większych lub mniejszych samochodów. Znają więc obie strony medalu. Ale jak z uznaniem witali kierowców ciężarówek omijających ich na wszelki wypadek większym łukiem, tak głęboką irytację budzili osobnicy prowadzący auto na kilka centymetrów od nich samych. Pęd TIR-ów szarpał czasem kierownicą i ciałami kolarzy, to jednak było wkalkulowane w jazdę główną drogą. Najgorszy okazał się za to kierowca furgonetki, który wyprzedzając na trzeciego, mrugnął jedynie w ostatniej chwili światłami i... jechał wprost na niewielki peleton energetyków! Chcąc nie chcąc, musieli błyskawicznie zryć oponami piaszczyste pobocze. Koniec etapu przywitali z ulgą. W przydrożnym motelu zaparkowali rowery i zmęczeni, trochę już obolali, zjedli kolację, a potem bardzo szybko poszli spać. Jednak nie wszyscy mogli zasnąć – ale o tym w relacji z soboty. O jednego mniej – III dzień rajdu W sobotnią noc nie wszyscy mogli spać. Niektórzy wręcz zostali wyrwani ze snu wbrew swej woli. A ekipa uszczupliła się o jednego uczestnika rajdu. Szpitalne perypetie Co się stało? W zasadzie nic nadzwyczajnego. Rajdowy fotoreporter, któremu dotąd żadna choroba nie przeszkodziła dotąd w uczestnictwie w poprzednich trzech wyprawach, tym razem poległ w walce z chorobą. Bogdan i Krzysztof, wyrwani ze snu jego telefonem do lekarza, szybko podjęli decyzję, by zawieźć go do najbliższego szpitala. Po serii badań spędził pod kroplówką całą noc i ranek. Wypisany został dopiero po złożeniu solennej obietnicy, że wróci do Kalisza, by dokończyć diagnostykę i wykonać kilka poważniejszych badań. W ten sposób zakończył się udział w wyprawie jednego z jej uczestników. – Skoro brakuje mi zdrowia, nie może mi brakować rozsądku – podsumował żegnając się z żale z kolegami. Dalej ekipa pojedzie w siedmioosobowym składzie. Spotkanie z historią W międzyczasie Bogdanowi udało się znaleźć sklep z akcesoriami rowerowymi. Gdy ekipa – na tym odcinku jeszcze w pełnym składzie – dotarła do Sandomierza, szybko założył nową oponę w miejsce przebitej i wraz z cyklistami z Ostrołęki i Kalisza ruszył na sandomierski zamek, a potem na starówkę. Położona na Wzgórzu Zamkowym rezydencja renesansowa (wcześniej funkcjonująca jako gród murowany wzniesiony w czasach panowania króla Kazimierza Wielkiego), dziś urzeka pięknem, ale ma też swoją dramatyczną historię. W czasie potopu Szwedzi wysadzili zamek w powietrze, grzebiąc pod gruzami kilkuset jego mieszkańców. Choć trudno w to uwierzyć, od XIX wieku aż do roku 1959 zamek pełnił funkcję więzienia. Później przebudowano go i przystosowano do zwiedzania. Obecnie na zamku mieści się muzeum. Trudniej, ale łatwiej Przymusowy powrót do Kalisza fotoreportera zmienił nieco plany energetyków jadących wzdłuż Wisły. Mimo częściowego zorganizowania transportu rajdowego kolegi, ekipa kolarzy musiała na kilka godzin pozbyć się wozu technicznego. A to oznaczało, że do plecaków musieli wziąć zarówno cieplejsze ubrania, jak i więcej wody, którą dotychczas wieźli w samochodzie techniczni uczestnicy rajdu. I z takim znacznie większym obciążeniem musieli przejechać prawie 150-kilometrowy etap rajdu. – Mimo to etap był bardzo fajny, pogoda nam sprzyjała – powiedział Ryszard Rucki z Ostrołęki. Bo droga była za wąska... I znowu największy problem był z kilkoma kierowcami. Podkreślamy, że kilkoma, bo wiadomo, że tak na drodze, jak na jeziorze, szlaku w górach czy spływie rzeką – zawsze można spotkać kogoś o mniejszej kulturze podróżowania czy wypoczynku. Mijały nas setki samochodów, niejeden z kierowców witał nas z uśmiechem lub nawet pomachał na pożegnanie, ale zdarzały się również mniej przyjazne historie. TIR wyprzedzający nas z dużą prędkością – spory kawałek dalej jechał przeciwnym pasem, zmuszając nadjeżdżającą z przeciwka kobietę do zjechania samochodem osobowym na pobocze. Nas nieprzyjaźnie potraktowali dwaj kierowcy autobusów. Choć to właśnie te pojazdy blokują nieraz drogę na długich odcinkach, najwyraźniej poczuli się lepiej, znajdując na drodze kogoś słabszego od siebie. Otrąbili nas, minęli niemal zahaczając i bezgłośnie zwyzywali za... jazdę zgodną z przepisami. Obgryzanie kierownicy – Zdarzyła się jeszcze jedna zabawna historia. Gdy przejeżdżaliśmy przez most na Wiśle, z naprzeciwka również jechał rowerzysta. Pewnie mieszkaniec pobliskiej miejscowości. Za nim mknęła jakaś osobówka. Gdy okazało się, że jej kierowca nie będzie mógł na moście wyprzedzać, musiał zwolnić. I w tym momencie omal sobie kierownicy ze złości nie obgryzł. Nakrzyczał na nas, nawyzywał, naszarpał się w miejscu, aż w końcu pojechał dalej – relacjonuje Ryszard Rucki. – Dalej jechaliśmy już spokojnie – dodaje. – Było kilka dłuższych podjazdów, ale przemierzaliśmy je w miarę spokojnie. Deszczu nie było, raz po raz przeświecało słońce, więc na zmianę: zdejmowaliśmy cieplejsze kurtki i zakładaliśmy je ponownie. Dopiero przed samym Kazimierzem Dolnym zrobiło się chłodno, trochę nieprzyjemnie. Tak zajechaliśmy do miasta – wspomina energetyk z Ostrołęki. Dzień zakończył się kolacją i spacerem po kazimierskiej starówce, słynącej z zabytków sprzed wieków. Zmęczeni jednym z najdłuższych odcinków trasy, kolarze z Kalisza i Ostrołęki po prostu położyli się spać, by zgromadzić niezbędne zapasy energii na kolejny dzień rajdu „Z prądem Wisły”. Z prądem Wisły
Powered by AkoComment! |
||||||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|