V
Ekstremalny Rajd Orła już za nami! W tym roku w Rajdzie wystartowała
rekordowa ilość zawodników i zawodniczek. Uczestnicy mieli do pokonania
w różnych wariantach: 80, 122 oraz 237 kilometrów. Warianty te były
najbardziej optymalne, bowiem chyba nikomu nie udało się nie nadrobić
paru do parędziesięciu kilometrów ;)
Najbardziej obleganą kategorią była Open I w której wystartowało
niespełna 20 zespołów. Także nasz team w składzie: keny, Foreight
wybrał dystans średni czyli Open I. W dalszej części nasza relacja z V
ERO.
|
- - - R E K L A M A - - -
- - - R E K L A M A - - - |
|
Jak wspominaliśmy w poprzednim arcie do zawodów nie byliśmy totalnie
przygotowani, przez brak kompasu, czołówek, mapników do nieumiejętności
szybkiego nawigowania i biegania na orientacje nie wspominając o
zerowym pojęciu o wspinaczce skałkowej, zjeździe i pływaniu kajakiem.
Rajd rozpoczął się parkowym biegiem na orientacje. Miejscem startu był
zespół pałacowy w Młoszowej. Na terenie parku rozmieszczone było 18
punktów kontrolnych, każdy zespół miał mapkę oraz kartę na której miały
znaleźć się podbite punkty. Za każdy pominięty punkt traciło się 5
minut. Start i każdy zespół leci w inną stronę, biegamy i my. Park nie
jest zbyt duży, ale zmęczyć się idzie. Początkowa taktyka – biegamy za
pozostałymi mniej więcej kontrolując mapę, później jak już się wszyscy
rozproszyli radzimy sobie sami – całkiem nieźle nawet. Kończymy,
oddajemy mapkę, karty kontrolne, bierzemy rowery i ciśniemy – większość
rowerów już zniknęła. Przejeżdżamy około 1,5 kilometra – pytam brata
gdzie ma karty kontrolne na ten etap – ten zdziwiony szuka i mówi że
nie ma. Ekstra – wracamy na start po te zakichane karty. Teraz jedziemy
prawie na samym końcu. Jeszcze żeby było mało na zjeździe gubimy mapę i
kolejne opóźnienie. Ale nic – myślimy jakoś się to odrobi. Ciśniemy
według ustalonej trasy przez Psary na szlak rowerowy czerwony by potem
dojechać do punktu kontrolnego pierwszego. Asfalt kończy się ostrym
podjazdem zaraz za kościółkiem w Psarach – do tego miejsca minęliśmy
już spore grupy (a inne pewnie pojechały inną drogą). Zbliżamy się do
punktu kiedy z przeciwka mijają nas najlepsze ekipy jadące już do PK 2.
Foreight obmyśla skrót żeby dojść czołówkę – wracamy ponownie na szlak
czerwony i ciśniemy w stronę Płok – kolejny błąd i strata czasu –
ponownie doganiamy ekipy które już wcześniej wyprzedzaliśmy. Myślimy
chwilę i nie mając zielonego pojęcia gdzie ten PK 2 kierujemy się za
innymi dużo wolniejszym tempem ;-) Podbijamy, i ciśniemy ile sił na PK
3 (nie patrząc dokładnie gdzie on jest). Jesteśmy świetni – bez kogoś z
przodu gubimy się po paruset metrach.. No dobra, jak pojedziemy tu to
dojdziemy do drogi asfaltowej a potem jakoś będzie – patrzę na mapę a
tu trzeci punkt jest przy stadninie koni w Gaju (tym razem wiemy
dokładnie gdzie to) dochodzimy jakąś drużynę, za którą docieramy
ponownie do szlaku czerwonego – wrzucamy cięższe przełożenie i jazda –
wiemy, że ta stadnina leży dokładnie na tym szlaku.
Szybko podbijamy i drogą asfaltową tym razem chcemy dojechać do
Ciężkowic. Najszybciej przez Sierszę, Góry Luszowskie a potem się
pomyśli. Dowiadujemy się, że z Gór Luszowskich taką a taką drogą itp.
Asfalt, szuter, błota – już nie patrzymy, że syf – trzeba gonić.
Pomijamy skręt którym mieliśmy szybko dojechać do 4 PK (kapliczka przy
stawie Ciężkowice), ślady opon przeciwników znikają a my nadrabiamy
kolejne kilometry. Po upewnieniu się od mieszkańców, że dojedziemy
gdzie chcemy deptamy na maksa w pedały. Mijamy kamerzystę – jest dobrze
– przecież nie stał by tu bez powodu. Na punkcie zaskoczenie – 4
miejsce i tylko 10 minut straty do pierwszego i 5 do następnego!
Piąty punkt jest gdzieś w Balinie – gdzie dokładnie – zielonego pojęcia
nie mamy, tym bardziej jak tam trafić. Wyprzedzamy dwa teamy – jedziemy
na drugiej pozycji! Niestety nie na długo – tylko po wjechaniu do
Balina gubimy się, tracimy cenny czas, zawracamy, pytamy ludzi –
masakra. Foreight upiera się, że dobrze wytyczył trasę – po kłótni z
pól i lasów jedziemy w stronę stadionu (punkt odniesienia) i dopiero
tam gdzie trzeba. Podbijamy punkt – strata wzrosła do pierwszych –
jesteśmy znowu na czwartym. Okazuje się, że gdyby słuchać Foreighta
wskoczylibyśmy znowu za liderów – trudno się mówi.
Teraz mamy już prościej – 6 punkt to odcinek kajakowy na Chechle –
mieszkamy blisko więc nie będzie problemów – tylko wydostać się z tego
Balina w końcu. Ile sił jedziemy najszybszą możliwą drogą nad zalew
(zahaczając o nasz dom by nasmarować łańcuchy). Na tym odcinku prędkość
nie spada nam raczej poniżej 30km/h niejednokrotnie przekraczając 40 na
lekkich spadach nachylenia licząc że dogonimy następne dwa zespoły. Cóż
– kto nie ma w głowie, ten ma w nogach :P
Nad Zalew Chechło przybywamy zadowoleni na 4rtej pozycji. Zadowoleni,
bo teraz na dwa następne punkty znamy drogę. Na Chechle czeka ekipa
Biker Trzebinia (jak i na starcie) Gosia, Wojtek, Annihilator, nasz
tata i nawet rozwell się pojawił. Bierzemy mapkę zbiornika, kajak
przejmujemy od ekipy pierwszej która już ukończyła – szybki kurs
posługiwania się wiosłami i slalomem machając „wiatrakami” obieramy
kurs w stronę pierwszego PK na Chechle. Dobijamy dziobem, podbijamy
punkt i hmm.. jakby tu wycofać? Po paru nieudolnych próbach
przedzieramy się przez chaszcze (inaczej by nam nie wyszło :P). Na
drugi i trzeci punkt docieramy równie nieudolnie. Nauczyłem się jednak
ładnie cofać i zmieniać szybko kierunek: jeśli woda jest płytka
zapieramy wiosło o dno i siłą nacisku zmieniamy pozycje kajaka – to
działa ;) Przy trzecim punkcie trzeba wejść do wody.. do Chechła –
myślę sobie będę świecił w nocy – ale cóż poradzę – ściągam buty i
wchodzę. Syf jakich mało. Teraz tylko ostatni punkt na wodzie, trochę
czasu zajmuje nam nie uderzenie dziobem w betonowe wały ale jakoś sobie
radzimy, wyciągamy kajak i jazda ponownie na rower. Czuć ból w rękach –
opłynęliśmy w końcu prawie całe Chechło dookoła. Kolejna niezła strata
czasowa.
Jedenasty PK jest w dobrze nam znanej drodze przez Puszczę Dulowską.
Jedziemy do niego cały czas trzymając 30km/h, przy okazji posilamy się
bananami, batonami itp. Dalej na Tenczynek – punkt przy wejściu do
Zamku. Z tym też nie mamy problemów (w końcu swoje tereny).
Następne zadanie jakie nas czeka – wspinaczka skałkowa na punkcie gdzie
tym razem nie mamy pojęcia jak do niego dotrzeć: „podnóże skały w
Dolinie Wrzosy (Rybna)” – z mapy wynika że okolice Brodła, Poręba
Żegoty (nawet nie wiem jak to się odmienia :P). Po dotarciu w okolice
tej skały i dłuuugich jej poszukiwaniach znajdujemy ją głęboko ukrytą w
chaszczach, za drzewami. Czekamy bo obie skałki zajęte przez zespoły
przed nami przy okazji podpatrując na którą łatwiej i w ogóle jak się
to robi ;-) Nasza kolej. Po ciężkich próbach, stękaniach i pewnie
nieudolnie wyglądających ruchach obaj zaliczamy skałkę w 14 minut
(limit czasowy 20). Nie tak źle, ale dochodzi nas inny zespół i skałki
opuszczamy na 5. pozycji.
Na długim terenowym podjeździe szlakiem zielonym do Sanki odzyskujemy
czwarte miejsce i powiększamy przewagę. Zmierzamy na punkt 14 – boimy
się go najbardziej. Sześciokilometrowy (w wariancie optymalnym) bieg na
orientacje w terenie w okolicach Brzoskwini. Dostajemy mapkę z której
oczywiście totalnie nic nie wiemy – jest na niej sześć punktów
kontrolnych (ze startem). „Macie kompas?” – Nie, „Biegaliście kiedyś na
orientacje?” – Nie. „(Śmiech), Serio?! …Poradzicie sobie” – A może
jakaś mała podpowiedź…?
No to lecimy – to znaczy idziemy po ścieżkach, bo terenem byśmy się
pogubili. W końcu trzeba zejść z trasy i przez las szukać punktu. Udaje
się bez błądzenia – super. Teraz dwójka, idziemy, idziemy – teraz już
na mapie nie wskażemy gdzie jesteśmy. Kończy się las, zaczyna się pole,
domy, duży doberman – STOP, wracamy ze zwiększonym pulsem :-) Gubimy
się jeszcze parokrotnie aż znajdujemy punkt 2. Jeszcze tylko trzy i
meta. Do trójki docieramy o dziwo bezproblemowo. Z czwórką nie mieliśmy
tyle szczęścia. Przejście przez wąwóz z pokrzywami, nie, to chyba nie
tu, wracamy. Punkt musi być za tym (wskazuje palcem wysokie, bardzo
strome skały) no dobra, był wcześniej downhill, teraz będzie uphill.
Łapiąc czego się tylko da, ześlizgując się co kawałek by w końcu przez
parometrowe chaszcze dotrzeć do tabliczki na której mniej więcej pisze
żeby tam nie chodzić bo grozi śmiercią itp. – w tle potężny kamieniołom
:) Zaczynamy łapać się na oznaczeniach tej mapy – brązowe z czarnym to
skały po których się nie powinno chodzić, ciemnozielone to chaszcze też
nie przechodne, a takie bardzo duże jasnobrązowe z czarnymi liniami to
kamieniołom. Po odwróceniu mapy i przeczesaniu terenu znajdujemy punkt.
Na punkt piąty w życiu byśmy chyba nie dotarli gdyby nie załapanie się
na ogon innego teamu (Orły Płaza) sklasyfikowanego do tej pory ponoć na
siódmym miejscu (sami dotarliśmy nawet do drogi z samochodami :) Etap
BNO kończymy o dziwo na piątym miejscu. Czyżby inni też nie umieli się
posługiwać kompasem, nie chciało im się biegać a może jeszcze bardziej
się gubili? Do trzeciego miejsca strata już ogromna. Jemy jeszcze,
pijemy. Kierunek Miękinia – czas odzyskać czwarte miejsce ;)
Przez Tenczynek, Krzeszowice dojeżdżamy do podjazdu na Miękinie. Na
podjeździe gubimy w tyle konkurentów i z punktu 15. kierujemy się do
mety etapu rowerowego szlakiem zielonym do Woli Filipowskiej na główną
drogę. Tutaj tracimy jeszcze trochę myląc kierunki tego szlaku, jednak
wjeżdżając już na dobrą drogę mamy pewność (na podstawie wcześniejszych
obserwacji konkurencji) że znowu wyrabiamy nad nimi przewagę. W
Młoszowej zatrzymujemy się przy sklepie, kupujemy 3 litry wody,
jedziemy na przepak do parku przy pałacu. Przy okazji zjadam talerz
makaronu z sosem, brat się przebiera, pijemy jeszcze napoje
przygotowane przez organizatorów.
Czas na etap pieszy – optymalnym wariantem 16 kilometrów. Już na
początku błąd. Nie zabieramy więcej napojów, zostawiamy lampki przy
rowerze, dodatkowo ja biorę tylko kurtkę rowerową (na deszcz i wiatr) i
wyruszamy na górę (zapomniałem nazwy) w Młoszowej. Na jej szczycie
zaczyna się czterokilometrowy odcinek specjalny gdzie w nieoznaczonych
na mapie miejscach są trzy punkty kontrolne. Idziemy cały czas po
tasiemkach porozwieszanych co ileś metrów na drzewach (gubiąc je z oczu
średnio co 250 metrów :) Idziemy, idziemy a punktów nie ma.. Nagle
jakaś dziwna sytuacja, tasiemki idą w różne strony. Szukamy z jednej,
szukamy z drugiej – patrzymy na mapę. Dobra, idziemy tu. Droga się
strasznie przeciąga, robi się już ciemno, a punktów jak nie było tak
nie ma. Myślimy sobie – jeśli się okaże że trzeba się wracać taki kawał
drogi to olewamy to – wycofamy się i mamy spokój :P Ale tak się już
wleczemy, Foreight włącza lampkę (rowerową, moja nie działa oczywiście,
te dobre zostały przy rowerach) aż w końcu widzimy punkt. A jednak nie
będziemy mieli spokoju – trzeba iść dalej. Podbudowuje mnie to.
Ściemnia się już na maksa, drugi punkt, trzeci (tutaj poznajemy co to
konfetti) – koniec odcinka specjalnego. Następny punkt: - miejsce
śmierci księdza Rapacza w Płokach – kawał drogi na nogach. Przez las,
chaszcze na skróty dochodzimy do drogi na Psary z Myślachowic. Nie
kombinujemy z jedną lampką terenem tylko idziemy drogami głównymi do
Płok. Podbijamy punkt. Mija nas jedna ekipa, druga siedzi nam na ogonie
– ale jeszcze 5. miejsce. Moja lampka jakimś cudem zaczyna działać.
Punkt następny jest w połowie drogi z Myślachowic na Elektrownie
Siersza. Po drodze stajemy w sklepie, kupujemy wodę, banany. Nie czując
nóg terenem pod liniami prądowymi (nie znam się) wdrapujemy się na górę
– podbijamy punkt. Załoga czwarta już daleko z przodu.
Według mapy kolejny PK jest aż w Krystynowie za cmentarzem na jakiejś
górze.. Ciemno już totalnie, jedna lampka nam już ledwo świeci, drugą
trzeba ściskać żeby świeciła. Idziemy według mapy pod liniami
elektrycznymi, potem gdzieś odbijamy – wychodzimy na „Kopalni”. Do
Krystynowa za drogą, przez cmentarz, mijamy 4. ekipę wracającą już z
punktu. Jesteśmy na miejscu – tylko sprayem na drzewie napisane, nie ma
tzw lampionu, konfetti – nic. Robimy fotkę komórką. Idziemy dalej. Mamy
400 metrów przewagi nad szóstą ekipą. Kolej na Balaton i zjazd z
urwiska skalnego ;) Najkrótszą znaną nam drogą idziemy na Balaton. Na
Górce obracamy się, Team Południe biegnie. Trudno – dobre i szóste
miejsce. Patrzymy na zegarek – lecą bo limit czasu na zjazd z Balatonu
się kończy.. Przyspieszamy i my. Sędziowie pomagają nam przywdziać coś
w stylu szelek i tłumaczą dokładnie co i jak. Jest godzina 23:00. My
bez czołówek, zmęczeni i jeszcze pierwszy raz w życiu zjeżdżać mamy.
Wychylam się do tyłu i czuje jak mnie ciągnie głową w dół ;-) Waham
się, zastanawiam – już mówię że przecież nie damy rady. Jednak za
namówieniem próbuje jeszcze raz – nagle okazuje się że się uda.
Zjechałem, brat z większymi kłopotami ale też.
Ostatni punkt kontrolny na trasie i meta! Uda się. Trzeba tylko na
Bożniową i na Młoszową zajść. Mamy przewagę znajomości terenu,
niewielką stratę czasową. Przez Dworek Zieleniewskich w teren i na
Bożniową. Dochodzimy Team Południe, który w ciemności wypatruje krzyża
(zmylili się krzyżem na kościele). Zgarniamy ich po drodze i razem
stajemy na Bożniowej. Po drodze towarzyszyli nam Annihilator, Kuba (aż
na samą górę) i Gosia z Jabkiem od Balatonu. Szukamy punktu – znowu nie
ma.. Kuba robi nam fotkę na pamiątkę i poświadczenie że byliśmy.
Zostaje 25 minut na dotarcie na Młoszową (godzina 23:35, limit do
24:00). Teraz razem z Team Południe podbiegamy by zdążyć. A trasę mamy
taką, że zdążymy i pewnie pykniemy obecnie czwarty team – czyli Orły
Płaza. Za pięć minut dwudziesta czwarta. My z drugim zespołem 100
metrów bo bramy parku w Młoszowej, Orły Płaza 100 metrów od drugiej
strony. Sprint. Udało się!
Z czasem 15 godzin i 44 minuty Biker Trzebinia razem z Team Południe
wbiega na czwartym miejscu. Minutę po nas sklasyfikowany jest Orły
Płaza. Dzięki chłopaki za ciekawą rywalizację do samego końca :-)
Wariant 122 kilometrów okazał się dla nas duuużo dłuższym. 120
zrobiliśmy na samych rowerach, nie chce wiedzieć ile nadrobiliśmy na
biegu na orientacje i odcinku specjalnym.
W większości konkurencji braliśmy udział pierwszy raz w życiu - jednak
jakoś udało się. Bez przygotowania, z taktyką wykorzystania ciśnięcia
na rowerze przeżyliśmy. Bezpośrednio po Rajdzie nie mogliśmy chodzić
normalnie z bólu. W momencie kiedy piszę te relacje mija drugi dzień a
mnie dalej wszystkie mięśnie bolą. Spodziewaliśmy się tego, bo czego
można oczekiwać od treningu wyłącznie rowerowego - ale ża aż tak?!
Czwarte miejsce w debiucie uznaje na nasz wielki sukces. W życiu nie
brałem udział w trudniejszych zawodach. Teraz mam jeszcze większy
respekt dla uczestników największych rajdów ekstremalnych. Takie Rajdy
są bardzo dobrym wyznacznikiem własnych możliwości, odporności
psychicznej i formy. Pozwalają przezwyciężać własne słabości przez co
stajemy się coraz silniejsi. A same maratony rowerowe to nic w
porównaniu z połączeniem paru dyscyplin sportowych na raz.
Po tym co przeżyliśmy z pewnością wziąłbym udział w tym rajdzie jeszcze raz.
Wyniki kategorii Open I:
1. BUFF KOLIBA AT I 12:34
2. ADVENTURA GLIWICE 13:25
3. PERITUS 13:44
4. BIKER TRZEBINIA 15:44
4. TEAM POŁUDNIE 15:44
6. ORŁY PŁAZA TRZEBINIA 15:45
7. TO NIE MOJA ... 17:07
8. HADES ANPOL POZNAŃ I 17:12
9. DZIKIE TYGRYSY 17:12
10. HADES ANPOL POZNAŃ II 17:13
- HKTJ BRZESZCZE
- 40-LATEK TYCHY
- ZAłOGA G
- LUDZIE PÓŁNOCY I
- LUDZIE PÓŁNOCY II
Fotki z ERO:
Relacja pochodzi ze strony www.BikerTrzebinia.pl
Wyniki, inne relacje i linki do fotek na stronie oficjalnej zawodów http://ero.2006.prv.pl
Powered by AkoComment! |