| Strony konkursowe |
| Zwycięzcy 2008 |
| Turystyka rowerowa |
| Wycieczki i wyprawy |
| Nasze góry |
| Porady |
| Przepisy |
| Kontakt |
| Spis treści |
| EURO 2008 |
| Wyprawa do Chin - Wypadek na trasie w 104 dniu |
| Redaktor: Foreight | ||||||||
| 23.07.2008. | ||||||||
12.07.2008 r. sobota96 dzień wyprawy Ok. 7-ej rano obudził mnie wartownik. Zabrałem szybko rower z kuchni chińskich budowlańców, a przy okazji dostałem sporą porcję ryżu i sałatki na śniadanie. Godzinę później ruszyłem w poszukiwaniu kafejki internetowej i chleba. Kafejkę znalazłem od razu, ale była otwierana o 10-tej. Sklepy były w większości zamknięte, a w otwartych nie było chleba (chyba z powodu drugiego dnia Świąt były zamknięte). Postanowiłem wykorzystać wolny czas na ustalenie drogi wyjazdowej z miasta w kierunku granicy i miasteczka Dzamin Uud. W tym celu zrobiłem 10 km i udało się to zrobić w miarę sprawnie dzięki chińskim budowniczym drogi. Mongołowie machali tylko ręką w mało sprecyzowanym kierunku. Kolejne 7 godzin to czas spędzony głównie w kafejce internetowej oraz sklepie spożywczym (pojawił się świeży chleb), jedzeniu i krótkim telefonie do domu (1 min. – ok. 1.60 zł).
Po 17-stej, kiedy się już trochę ochłodziło (było ponad 30 st. C.), ruszyłem w dalszą drogę. Była ona bardzo wyboista i kręta. Pojawiły się także małe górki. Po drodze mijałem trzy obozy chińskich budowniczych drogi. W każdym od razu mnie karmiono (człowiek jadący na rowerze do Pekinu na Igrzyska Olimpijskie jest dla nich „kimś”), w pierwszym dostałem także na drogę świeże bułeczki i pieczone mięso. A w trzecim domyślili się, że chciałbym zostać na noc – o 20.30 robi się ciemno, a sami o 22.00 wyłączali generator prądu i kładli się spać. Nikt w obozie nie znał języka angielskiego, rosyjskiego, czy też polskiego, więc wieczór miałem wyjątkowo cichy. Był tylko jeden zaskakujący moment. Podczas modlitwy jeden ze starszych Chińczyków zauważył u mnie różaniec. Podszedł do mnie i się przeżegnał. Kiedy się uśmiechnąłem i potakująco kiwnąłem głową, dał do zrozumienia, że też jest katolikiem. Od tej pory spoglądał na mnie z uznaniem i jeszcze większą życzliwością. dystans dnia – 41,82 km czas jazdy – 3:30:37 h średnia prędkość – 11,91 km/h 14.07.2008 r. poniedziałek 98 dzień wyprawy W nocy obudził mnie deszcz, który padał również na moje nogi przez nie zamknięty otwór w dachu jurty. Na dworzy była ulewa i wichura. Plan wstania o 6-ej rano legł w gruzach. Wszyscy wstali ok. 8-ej rano (w jurcie spały także dzieci brata), ale deszcz przestał padać dopiero ok. 10-tej. Co prawda młoda gospodyni namawiała mnie do pozostania na kolejną noc, ale ja ok. 11-stej ruszyłem w dalszą drogę. Początkowo jechało się fatalnie. Był przeciwny, bardzo mocny wiatr oraz grząska droga. Pokonując pierwsze kilometry (momentami pchając rower), spotkałem jadących z przeciwka niemieckich rowerzystów (Marine, Svena i Johna). Rok i tydzień są w podróży. Wyruszyli z Niemiec, aby m.in. przez Turcję, Indie i Chiny dotrzeć do Mongolii. Dalej kierują się przez Sankt Petersburg, Estonię i Polskę do domu. Po południu wiatr praktycznie osłabł, ale za to dopadła mnie potężna ulewa. W 10 min. stepowe szlaki zamieniły się w rwące potoki (droga była bardzo pagórkowata). Jednak po kilku minutach można było spokojnie jechać dalej. Z powodu braku znaków i „błądzącej” po stepie drogi, nadal co jakiś czas zatrzymywałem samochody, aby potwierdzić kierunek drogi. Tak poznałem mówiącą po angielsku Ulzi oraz jej męża i brata. Za pierwszym razem ja ich pytałem się o drogę, a kilkanaście kilometrów dalej ich dogoniłem, kiedy w ich „nysce” zabrakło paliwa. Wówczas po krórtkiej rozmowie Ulzi zaprosiła mnie do siebie na noc w Dzamin Uud. Na miejsce dotarłem przed 21-wszą. Szybko się umyłem w misce wody i pojechaliśmy do jej męża brata na kolację. Było mięso pieczone w kanie na mleko (ok. 25 l) z ziemniakami i kamieniami nad ogniem z palnika. Bardzo mi smakowało. Na kolacji była brata rodzina i sąsiedzi. Wieczór minął mi w wesołym, mongolskim towarzystwie. Do jurty Ulzi wróciliśmy ok. północy. dystans dnia – 80,78 km czas jazdy – 6:44:57 h średnia prędkość – 11,97 km/h dystans całkowity – 8.706 km całkowity czas jazdy – 495:38 h 20.07.2008 r. niedziela 104 dzień wyprawy Od rana meczyl mnie zoladek, dlatego nawet ucieszylem sie, kiedy na sniadanie Zhang Tei Ping przyniosla tylko kubek herbaty i kilka kawalkow ciastka. Przed 8-ma pozegnalem sie i ruszylem w droge do Jining. Wiatr w miare sprzyjal, wiec w niespelna dwie godziny bylem w miescie, gdzie przy pomocy dwoch na skuterze znalazlem kafejke internetowa. Od razu pojawil sie problem angielskich liter – nikt w kafejce nie znal j. angielskiego i dopiero ludzie „zlapani na ulicy” wytlumaczyli o co chodzi moim przewodnikom, a ci po chwili uruchomili anielskie litery. Obslugujacy kafejke czlowiek nie byl zainteresowany pomoca. W kafejce spedzilem 4 godziny, a nastepnie ponownie zajalem sie luzem w tylnym kole. Spotkany chlopak stwierdzil, ze nie ma profesjonalnych mechanikow rowerowych w miescie i zaprowadzil mnie do „ulicznego”. A ten zgodnie z moimi przewidywaniami pierwszy raz w zyciu widzial taki rower i przy pomocy mojego chyba jeszcze bardziej go popsul. Wowczas pojawil sie jakis chlopak i dal namiary na profesjonalny sklep. Przewodnik cierpliwie mnie tam zaprowadzil. A szczescie mi dopisalo – byl to sklep firmowy GIANTa. Od razu stwierdzili wade. Nie mieli jednak „szybkozamykacza”, wiec zalozyli standardowe mocowanie kola na srube. Za usluge zaplacilem 20Y (ok. 3 USD). Po naprawie, kierujac sie ku wyjazdowi z miasta, trafilem na szereg sklepow z jednej i drugiej strony ulicy. Wkladow do mojej maszynki do golenia nie znalazlem, wiec po targach kupilem nowa, z 4 wkladami za 10Y. Tam tez kupilem wode i troche zjadlem. Przed 18-sta ruszylem w dalsza droge. Nistety, tradycyjnie byl juz problem z wyjazdem z miasta. Pytani ludzie albo pokazywali, ze nie wiedza, gdzie jest droga albo tak machali reka, ze nie wiadomo bylo, czy to ma byc prosto czy w prawo. Jednak z miasta i tak nie wyjechalem. Wszystko to za sprawa kierowcy jednego z samochodow, ktory wycofujac sprzed sklepu zagapil sie i uderzyl w moje przednie kolo. Ledwo utrzymalem rownowage, ale sakwa wyladowala na ulicy. Mi sie nic nie stalo – mam podrapana lewa lydke. Przy pomocy jednego z gapiow (byl ich caly tlum) sparwca naprawil sakwe. Trzeba jednak remontowac przednie kolo. Poczatkowo wydawalo sie, ze tylko kolo trzeba wycentrowac. Pozniej okazalo sie, ze nie dzialo dynamo wbudowane w piaste przedniego kola, ze podczas obrotu kola w jednym punkcie cos je „trzyma”. No i mocowanie blotnika zostalo czesciowo uszkodzone. Kierowca ani nikt z gapiow nie znal j. angielskiego, a ja nie zgodzilem sie dac rower do naprawy „ulicznemu” mechanikowi kawalek dalej (oni sa na kazdym rogu, zazwyczaj dorabiajacy emeryci) pokazujac na ramie napis GIANT, ten wezwal milicje. Przyjechalo dwoch panow, ktorzy znali tylko j. chinski i nie wiele robili w temacie. Nawet nie pomogli w walce z banda gapiow, ktora dotykala przy rowerze i bagazu wszystkiego co sie da. Odjechalem wiec kawalek dalej i zadzwonilem do Konsulatu RP w Pekinie. Odebrala Pani Konsul B. Golebiewska i to ona przez telefon wytlumaczyla milicji, ze chce tylko, aby naprawiono mi rower. Pojechalem tam milicyjnym furgonem jednym z milicjantow (drugi przyjechal razem ze sprawca). Bylismy tam ok. 19.30, akurat zamykano sklep. Wlasciciel stwierdzil, ze jutro w rano naprawi rower. Zreszta nim milicja wypelnila swoje papierki, jeden z pracownikow wykonal czesc prac. Milicja zas postarala sie o tlumacza znajacego j. angielski i rosyjski. Na nie wiele sie on przydal, poniewaz kiedy jakis milicjan w cywilu zaczal machac do mnie „blacha” i krzyczec do mnie (domyslilem sie po chwili, ze chce moj paszport), ten akurat gdzies sobie poszedl. Kiedy milicja wypelnila swoje papierki i poinformowala, ze przyjedzie rano mi pomoc, pojawil sie problem, gdzie bede spal. Probowano mnie wyslac do hotelu (w pobliskim noc w opcji „standard” byla za 168Y), ale ja odmowilem twierdzac, ze nie takich pieniedzy na noclegi w hotelu i usiadlem na schodach kolo slepow.Wowczas zaczelo byc ciekawie. Do ok. 23-iej przewinelo sie kilkadziesiat roznych osob – mlodych i starych, biednych i bogatych. Kazdy mi wspolczol i chcial pomoc – dostalem m.in. wode, chleb, herbate. Nikt jednak nie odwazyl sie zaproponowac mi noclegu. Ok. 23-iej pojawila sie nastolatka, ktora przyniosla mi wode i chleb. Z nia udalo mi sie troche porozmawiac po angielsku (praktycznie nikt go nie znal). Towarzyszyl nam wowczas jeszcze jakis starszy pan i dwoch chlopakow. W pewnym momencie zaproponowala, abysmy poszli zobaczyc „dwa tygrysy”. Chlopacy nas podwiezli (nie daleko bylo). Kierowca pojechal, a drugi poszedl z nami. W trojke weszlismy na szczyt gory, gdzie staly dwa tygrysy z kamienia. Bardzo ladne miejsce i fajny punkt widokowy na miasto. Kiedy zeszlismy, moi towarzysze postanowili komorkami zrobic sobie pamiatkowe zdjecia ze mna. Wowczas pojawil sie pan, ktory po krotkiej wymianie zdan z moimi towarzyszami, zaproponowal mi nocleg w swoim hotelu, pod ktorym robilismy sobie zdjecia. Dostalem pokoj z telewizorem, a prysznic byl kolo niewielkiego basenu. dystans dnia – 43,23 km czas jazdy – 2:25:42 h srednia predkosc – 17,80 km/h 21.07.2008 r. niedziela 105 dzień wyprawy Przebudzilem sie przed 7-ma, a chwile pozniej pojawila sie Gao Ting Thung. Zaskoczyla mnie jej obecnosc (bylismy umowieni na 9-ta przed GIANTem), ale i ucieszyla. Zachowywala sie dosc dziwnie – chciala, abysmy jaknajszybciej opuscili hotel. Kiedy opuscilismy go, zaprowadzila mnie do baru znajdujacego sie za sciana. Nim zdazylem sie zoorientowac zamowila jedzenie i zaplacila za nie na zapleczu, a nastepnie pozegnala sie twierdzac, ze musi isc (nie chciala powiedziec gdzie). Zjadlem wiec spokojnie, w samotnosci sniadanie i poszedlem zobaczyc co z moim rowerem. Tam sie nie wiele dzialo. Kolo bylo prawie wycentrowane, ale dynamem i mocowaniem blotnika nikt sie nie zajal. Pokazano mi, ze czekaja na milicje. Ta i sprawca pojawili sie po 10-tej. Po jakims czasie pojawila sie takze tlumaczka o imieniu Larisa. Jej rosyjski pozostawial jednak wiele do zyczenia. Naprawiono wowczas rower do konca poza mocowaniem blotnika i dano mi do zrozumienia, ze tego nie naprawia. Wowczas milicjant zaczal wciskac mi do reki 400Y, a tlumaczka namawiac, zebym podpisal w dwoch miejscach jakis chinski druk urzedowy „in blanco”. Kiedy odmowilem i zazdalem rozmowy z Pania Konsul RP (tlumaczka pytala sie, czy to imie, czy nazwisko i gdzie mieszka!). Kazano mi sie pakowac do samochodu i chcieli mnie wiesc na posterunek celem wyjasnienia. Odmowilem dobrowolnego udania sie i ponowilem zadanie rozmowy z Konsulem RP. Wowczas juz zadzwonili i po krotkiej rozmowie okazalo sie, ze te 400Y to wymysl milicji jako rekompensata dla mnie za szkode. Stanalem na tym, ze przyjalem 300Y (powinno wystarczyc na nowy blotnik w Polsce). Odbior pieniedzy pokwitowalem na czystej kartce w j. polskim. Sprawca tak sie ucieszyl, ze ma problem z glowy, ze te 100Y dal tlumaczce, aby zabrala mnie na sniadanie do pozadnej restauracji. Byla ona w pobliskim, trzy gwiazdkowym hotelu. Tam jako obsluga hotelowa pracowala Gao Ting Thung. W restauracji spedzilismy sporo czasu zajadajac kilka chinskich potraw i deserow, a ja musialem dodatkowo zjesc dwa barszcze ukrainskie – jeden zamowila Larisa, a drugi to prezent od wlasciciela „dla goscia z Polski”. Po poznym sniadaniu (a wlasciwie obiedzie), za ktore ja zaplacilem (bylo to niezrozumiale dla Larisy jak i to, dlaczego wszedzie ustepuje jej pierszenstwa). Przed 15-sta pozegnalem sie z obiema dziewczynami i ruszylem w droge, dosc pechowa. Najpierw pekla mi detka (zakleili mi budowlancy drogowi, ale tylko na chwile),, a pozniej dopadla mnie krotka burza. Jedynie widoki byly przepiekne. Nocleg udalo mi sie dostac w bazie drogowcow, ok. 389 km od granicy mongolskiej. Dostalem tam kolacje i pelny dostep do sanitariatow. dystans dnia – 49,94 km czas jazdy – 2:47:31 h srednia predkosc – 17,89 km/h 22.07.2008 r. niedziela 106 dzień wyprawy Kiedy przebudzilem sie przed 6-sta i wyjrzalem przez okno zobaczylem krecacych sie po placu drogowcow – byl to znak, ze trzeba zrobic szybko poranna toalete i isc na sniadanie. Do jedzenia byla zupa warzywna i mantou, czyli te wszedobylskie biale buleczki gotowane na parze. Po 7-ej bylem juz w drodze. Byla piekna, sloneczna pogoda i sprzyjajacy wiaterek oraz wspaniale krajobrazy. Nie cieszylem sie dlugo. Przed miastem Fengzhen posypalo sie tylne kolo. Dalej trzeba bylo rower pchac. Napotkany przygodnie chlopak, znajacy troche angielski, oprowadzil mnie po sklepach rowerowych, ale bez efektu. Zaden fachowiec nie chcial sie podjac naprawy oprocz tych „ulicznych”, ale ci nawet nie wiedzieli, z ktorej strony kola jest usterka. Trzeba bylo wracac do Jining albo jechac do Datong. Wybralem znany Jining. Tylko jak? Autobus byl za 30Y, ale kierowca chcial rower polozyc na dachu, a ja sie balem z jednej strony uszkodenia przerzutki, a z drugiej zwiekszenia usterki. Pociag byl dopiero o 17.00 i do tego nikt nie byl w stanie mi powiedziec, ile bedzie kosztowal przewoz roweru. Podziekowalem chlopakowi za pomoc i wrucilem na rogatki miasta, do punktu poboru oplat za przejazd droga. Dotarlem tam o 12.30. Mialem pecha. Nic nie jechalo pustego do Jining, wiec nawet parcownicy punktu nie mieli jak mi zorganizowac transportu. Wkoncu pojawil sie autobus i a 30Y z rowerem w srodku zabral mnie do Jining. Kierowca dostal pieniadze zaraz po moim wejsciu, ale po przyjedzie na miejsce ponownie upomnial sie o nie. Jednak po chwili dyskusji i oskarzen ustapil. W Giancie ponad godzine sie meczyli az stwierdzili, ze trzeba wymienic tylna piaste, ktora sprowadza na jutrzejsze popoludnie. Poczatkowa cena 170Y spadla do 150Y. Wlasciciel dobrze wiedzial, ze nie mam gdzie pojsc. Ok. 18-stej zostalem plecakiem i sakwa (reszta zostala w sklepie) ze swiadomoscia, ze mam prawie dobe wolnego w Jining. Moglem spokojnie obejrzec wybor rowerow na chinskim rynku i ich ceny (znacznie nizsze – firmowe od 125 USD), kupic cos do jedzenia i najesc sie bez pospiechu. Nadrobilem takze zaleglosci w czytaniu niezbednych informacji z przewodnika. Gdy po 22-iej zastanawialem sie, w ktora strone ruszyc w poszukiwaniu noclegu, pojawila sie Gao Ting Thung. Wlasnie skonczyla z przyjaciolmi prace i szli do Klubu Karaoke. Bylismy tam ok. 3 godz. Pozniej ruszylem za noclegiem. Jako ze byly juz wylaczone uliczne latarnie, wiec poszedlem do najblizszego i pokazalem recepcjoniscie, ze chce najtanszy z mozliwych. A on mi pokazal, ze nie ma zadnych wolnych pokoi. Ale zoorganizowal pokoj z wygodnym lozkiem w budynku obok (to chyba drugi hotel), z ktorego na codzien korzysta obsluga hoteleowa. I jak powiedzial – za darmo! dystans dnia – 33,87 km (z czego ok. 15 km pchalem) czas jazdy – 3:34:28 h srednia predkosc – 9,47 km/h Zdjęcia z wyprawy w naszej galerii - dziś 24 nowych zdjęć Wyprawa rowerowa Pekin 2008 Wortal Rowerowe.net jest oficjalnym patronatem wyprawy.
Powered by AkoComment! |
||||||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
| DH i 4X |
| Maratony MTB |
| Zawody XC |
| Szosowe |
| Tor |
| BMX |
| Rajdy przygodowe AR |
| Dodaj zawody! |