| Strony konkursowe |
| Zwycięzcy 2008 |
| Turystyka rowerowa |
| Wycieczki i wyprawy |
| Nasze góry |
| Porady |
| Przepisy |
| Kontakt |
| Spis treści |
| EURO 2008 |
| Wyprawa do Chin przez pustynię Gobi |
| Redaktor: Foreight | ||||||||
| 16.07.2008. | ||||||||
05.07.2008 r. sobota89 dzień wyprawy Poranek przyiosł mi kolejne spostrzeżenia dotyczące życia Mongołow. Otoż nikt rano nie spieszył się ze wstawaniem, pomimo że juz nie spał (po 6-ej przebudzila mnie babcia, ktora się ubrała i położyła dalej do łożka). Wynika to chyba z tego, ze pierwsi ktorzy wstają mają najwie-cęj prac gospodarczych do wykonania, więc nikt się nie spieszy. Sam wiec także spokojnie pole-żałem sobie do 8-ej. Sniadanie bylo wyjątkowo skromne – suchy chleb, 2 ciasteczka i herbata z cukrem. Jednak mnie najbardziej cieszył fakt spokojnie spędzonej nocy w jurcie. Zauważyłem także, że na zimę jest ona docieplana grubyni płachtami, jakby z wełny.
Po 9-ej ruszyłem do miasta. Na poczatek zajechalem do Misji Salezjańskiej. Tam poznałem wolontariusza Rafała z Warszawy, który przez ostatni rok uczył w salezjańskiej szkole j. angiel-skiego. Umożliwił mi dostęp do komputera, dzięki czemu mogłem spokojnie i sprawnie wysłać do Polski kolejne relacje z mojej podroży. Poźniej powrocił z wyjazdy Przełożony Misji, ktory pozwolił mi zamieszkac tam do poniedziałku. Jest to raczej rzecz rzadko spotykana, aby turysta mogł nocować na terenie Misji. Dodatkowo mogę korzystać z kuchni i pralki, wiec na początek zrobiłem solidne pranie. Mam świadomość, że po wyjeździe z Ułan Bator aż do Pekinu będzie trudno spotkać rodakow, misje katolickie. Ponadto ruszam w tereny, gdzie nie tylko pralki sa rzadkością, ale i czysta, bieżąca woda. Podobno na ok. 700 km odcinku drogi do granicy z Chi-nami, ok. 1/3 bedzie bez asfaltu. Kolejny tydzien moze byc ciezki, jezeli do tego dodac pustynne upaly i wiatry. Dlatego też postanowiłem przez ten weekend solidnie wypocząć i nic nie robić. Poźne popołudnie i wieczor spędziłem z Rafałem na romowach o Mongolii i podziwianiu gor otaczających Ułan Bator. dystans dnia – 1,03 km czas jazdy – 0:05:58 h średnia prędkość – 10,97 km/h 06.07.2008 r. niedziela 90 dzień wyprawy Jedyną czynnością jaką zrobiłem w to niedzielne popołudnie to było pojście do Katedry na Mszę Św. Trwała ona znacznie dłużej niż tradycyjna Msza Św., ponieważ była jednocześnie od-prawiana w języku mongolskim i angielskim. W południe wybrałem się z Rafałem i Salezjaninem, Bratem Krzysztofem na spacer po mie-ście. Na początek poszliśmy na Bazar Natural, zawny także „Czarnym Rynkiem”. Można na nim kupić wszystko, co tylko dusza zapragnie. Oczywiście wszystko „Made in China”. Jest to także raj dla kieszonkowcow, przed ktorymi ostrzegał nas nawet jeden ze sprzedawcow. Pozniej wy-bralismy sie jeszcze do Centrum. Pod wieczor pojechaliśmy na obrzeża miasta do Centrum Młodzieżowego „Ammagelan”, w którym mieszkaja dzieci „z ulicy”. Tam się nimi zaopiekował Salezjanin, Ojciec Wiktor. Obec-nie pomagają mu także wolontariuszki z Polski Iza i Asia oraz Pani Helena. Nawet krótki pobyt wystarczył, aby zauważyć jak ciężką pracę tam wykonują. Do tego w Centrum są trzymane kro-wy i świnie oraz jest ogrod warzywny. To wszystko wymaga duzej ilości pracy, a przede wszystkim cierpliwości. Przedmieścia to całkiem inne Ułan Bator – ludzie mieszkają w jurtach, są poważne proble-my z kanalizacją (w praktyce wiele z tego idzie w „pole”) oraz są tylko ziemne, kamieniste dro-gi. Dowiedziałem się także, że milicja mongolska nie posiada radarow i alkomatow. Prędkość ocenia wg uznania, a jak ktoś się nie zgadza to musi niezwłocznie jechać na posterunek i wyja-śniac sporną kwestię. Milicjant w tym celu rownież musi się udać na posterunek, ale jego zwykle „zatrzymują pilne sprawy” i pojawia się po kilku godzinach. Wielu kierowcow woli więc zapła-cić mandat! Jeżeli chodzi o brak alkomatu to milicjant zwija w „trabkę” kartkę papieru i każe w nią „chuchnąć”, a następnie rozwija kartkę i wącha! 07.07.2008 r. poniedziałek 91 dzień wyprawy Wstałem o 5.40, aby po 6-ej pojechać na Mszę Św. – kolejna może być dopiero w Pekinie. Po niej było śniadanie, pakowanie się, pamiątkowe zdjęcia. W drogę ostatecznie wyruszyłem po 10-ej. Na początek wróciłem do Centrum, aby zrobić sobie jeszcze jedno pamiątkowe zdjęcie na Placu Suche Batora oraz podziękować Panu Konsulowi Generalnemu L. Wanat za życzliwość i pomoc. Następnie, wyjeżdżając z miasta zajechałem do Centrum Ammagelan. Wizyta przedłu-żyła się, ponieważ zostałem zaproszony na obiad. Ale ostatecznie jeszcze przed 14-stą byłem w drodze. Spokoju jednak nie miałem. Po ok. 20 km złapałem gumę. Aby pomóc mi ją naprawić za-trzymał się starszy pan, kierowca ciężarowki. Znał tylko j. mongolski, ale wiedział jak się łata dętkę, więc naprawa poszła nam sprawnie. Kiedy skończyliśmy nadjechał jego syn, który na drogę dał mi wodę mineralną. Pogodę miałem nienajgorszą. Co prawda momentami było duszno, ale słońce zaszło popo-łudniu. Początkowo jechałem pod wiatr, który w połowie drogi zmienił się na boczny, zachodzą-cy momentami od tyłu. Jako że podjazdy miałem przez 40 km za granicami miasta, drugą część drogi pokonałem bardzo szybko. Przed zakończeniem jazdy postanowiłem zrobić zakupy w miasteczku Bayar. Pozytywne zaskoczenie – wszystko tańsze ok. 20% niż w Ułan Bator. Kupiłem sobie napoj i jogurt licząc, że może on pomoże na moj bolacy żołądek (od rana cierpałem na niestrawność). 7 km za miastecz-kiem zauważyłem jurty, do których się udałem. W pierwszej pasterz był zainteresowany, czy mam alkohol – nie miałem, więc na noc też mnie nie przyjął. W drugiej była duża rodzina, ktora przyjęła mnie do siebie. Na kolacje były manty! Rewelacyjne, dawno już ich nie jadłem. Jeden z synow o imieniu Bata znał pojedyncze słowa w j. angielskim i rosyjskim, więc jakoś mu opo-wiedziałe o wyprawie (wspomagając się kartką i długopisem). Jurta, w której zostałem na noc, była stosunkowo duża i wyjątkowa zadbana. Była zaopatrzona w prąd i sprzęt RTV/AGD. dystans dnia – 118,57 km czas jazdy – 6:32:17 h średnia prędkość – 18,13 km/h 08.07.2008 r. wtorek 92 dzień wyprawy Wszyscy wstali ok. 7-ej, ale śniadanie, na ktore mnie zaproszono, było dopiero ok. 9.30 – była to tradycyjna zupa z mięsem i domowym makaronem. Jako że gospodarze nie posiadali krow, herbata byla tylko solona. Zaopatrzony w 1l takiej herbaty na drogę, ruszyłem ok. 10.15. Jechało się bardzo źle. Wiał bardzo silny, boczny wiatr, ktory po poludniu troszkę osłabł, aby pod wieczor wiać praktycznie ze wszystkich stron – zaobserwowałem to podczas postoju na powiewającej ponad domami fladze. Do tego było bardzo gorąco. Te części ciała, które nie są osłonięte ubraniem są koloru brązowego. Poźnym popołudniem dotarłem do miasteczka Bayantal. Warto w tym miejscu zwrocić uwagę na przejrzystość (czystość) powietrza. Ponad 10 km wcześniej widziałem już kilka blo-kow 4-pietrowych tego miasta. Nie zamieszkałe zresztą. Jak mi wyjaśniono, do stanu surowego, zamkniętego zdążyli je wybudować Rosjanie (podobnie w kilku innych miasteczkach) dla swo-ich wojskowych, ale poźniej przyszła pieriestrojka i wynieśli się, a bloki stały się nikomu niepo-trzebne! Tam jedząc i odpoczywając przy miejscowym sklepie spożywczym, poromwaiałem so-bie najpierw z pewną panią po rosyjsku, a następnie z panem po polsku! Studiował on w Polsce na Politechnice Łódzkiej za „czaso Jaruzelskiego”. Noc mi wypadła w miasteczku Choyor, które z powodu niedokładności mapy okazało się być bliżej o kilkanaście kilometrow. Zauważyłem w nim, że podobnie jak w innych miastach, wielu Mongołow ma domy stawiane wg wzoru radzieckiego (zgodnie z „zaleceniem” Wielkiego Brata), gdzie mają kuchnie i sprzęty gospodarstwa domowego, a obok jurty do spania. W moim przypadku jednak wszyscy (5 os. rodzina i ja) spaliśmy na podłodze w jednej izbie. Na kolację była najpierw (jeden piecyk elektryczny) podgotowana surowka, a poźniej boce, jedna z mon-golskich potraw. dystans dnia – 121,90 km czas jazdy – 6:41:06 h średnia prędkość – 18,23 km/h 09.07.2008 r. środa 93 dzień wyprawy Obudził mnie ruch w mieszkaniu przed 7-mą. Najstarszej corki już nie było w domu, a go-spodarze zbierali się do wyjścia. Tylko dwie nastoletnie coreczki spokojnie spały. Dostałem 3 boce na śniadanie (wielkością przypominają pierogi ruskie) oraz pokazano mi gorący garnek herbaty. Gospodarz na pożegnanie powiedział tylko, że mogę spokojnie zjeść śniadanie i jak bę-dę gotowy to jechac dalej. Punktualnie o 8-ej wyruszyłem, a właściwie wypchałem 100 metrow po piasku rower do as-faltu. Wiał silny, wschodni wiatr, ale słońce jeszcze nie świeciło (zwykle pojawia się ok. 10-tej i świeci bardzo mocno do ok. 19-stej). Jechałem sobie spokojnie, rozglądając się na około. Mniej więcej od miasteczka Bayantal zaczął się pustynny krajobraz. Tam też kobieta, z ktora rozmam-wialem po rosyjsku, zapewniała mnie o dobrej jakości drogi do granicy chińskiej. A tu ledwo ujechałem niespełna 8 km i skończyła się droga! Trzeba było zjechać na bok i jechać po dowol-nie wybranym, pustynnym szlaku, ponieważ dalej drogowcy dopiero robią drogę. Początkowy myślałem jednak, że to tylko jakiś dłuższy odcinek jest w generalnym remonice. Pierwsze 10 km nie było nawet takie złe, był nawet dość twardy grunt pod kołami. Poźniej jednak co raz częściej zacząłem zapadać się w paiasku i trzeba było z niego wyciągać ważący ponad 50 kg rower. Jed-nak większym problemem była orientacja w terenie, a własciwie jej brak. W Mongolii znaki in-formacyjne są rzadkością, a tu nie było nawet słupkow kilometrowych. W pewnym momencie, w wyniku pofałdowanego terenu zniknęły mi tory kolejowe, które były po prawej oraz budowa-na droga, która miała być po lewej. Były tylko mniej kub bardziej wyjeżdżone szlaki na pustyni, wzajemnie się przecinające. Co chwilę miałem wątpliwości, w którą stronę jechać. Jakby na do-miar złego, przez prawie 2,5h widziałem tylko 5 samochodów na horyzoncie! Po prawie 19 km przedzierania się przez Pustynię Gobi dotarłem do chińskiego obozu dro-gowcow (całą drogę budują Chińczycy). Była tam też Arja, mongołka, ktora nadzoruje prace drogowe i właśnie przeprowadzała inspekcję tego odcinka. Ona wraz z jeszcze innym kierowni-kiem prac wytłumaczyła mi, że droge do granicy z Chinami planują zrobić za dwa lata! A obenie jest tylko pustynia i szlaki na niej. Wg nich można jechać wzdłuż torow kolejowych, ale tam jest tylko luźny piasek. Wg nich do najbliższego miasteczka miałem 50 km, a do kolejnego Aygar 80 km. Byłem załamany. Moje nogi (zwłaszcza kolana) po niespełna 19 km bolały, a co tu dopiero kolejne 50 km! Zapytałem się Arji, czy można u nich kupić wodę mineralną i gdzieś w cieniu zjeść śniada-nie. Dostałem dwie butelki w prezencie, a chińscy robotnicy (zebrali się prawie wszyscy) jak się dowiedzieli kto ja jestem i że chcę usiąć i jeść, postanowili mnie sami nakarmić. Więc pomimo wycigniętego już na stoł chleba, zjadłem miskę ryżu i dwie zupy ziemniaczanej. Tak mnie ugo-ścił chiński szef robotnikow, ktoremu bardzo spodobała się informacja, że jadę na Igrzyska Olimpijskie do Pekinu. Oczywiście mojemu jedzeniu przyglądała się cała grupa robotnikow. W miedzy czasie Arja zaproponowała, że jedzie ok. 15-stej do Aygar i może mnie podwieźć. Nie bardzo miałem ochotę, ale Arja skutecznie przekonała mnie możliwościa zabłądzenia na pustyni. Kiedy zjadłem, Arja pojechała w teren, a ja miałem czas wolny. Miałem nawet ochotę ruszyć dalej. Jednak spacerując i zastanawiając się co dalej robić, zauważyłem gwałtownie zmieniający się kierunek wiatru – ze wschodniego na zachodni. Po godzinie wiał już połnocno – zachodni i rozpętała się pustynna burza. Nie było nic widać przez ponad 30 min., a kiedy burza osłabła, za-częło padać. Wowczas też powrociła Arja z kierowcą. Zapakowaliśmy rower do jej Jeepa i ru-szyliśmy w drogę. Po drodze zatrzymaliśmy się dwa razy na chwilę przy kolejnych bazach dro-gowcow. Te 80 km w samochodzie ewidentnie uzmysłowiło mi co to jest pustynia. Droga była tylko w połowie twarda, a były także miejsca, w których było widać, że samochody się zakopy-wały w piasku. W biurze Arji w Aygar (głównie jest tam laboratorium drogowcow) był prysznic. Po trzech dniach bez dostępu do bierzącej wody od razu z niego skorzystałem. Przy okazji wyprałem swo-je brudne rzeczy. Poźniej Arija pokazała mi swoje biuro, przedstawiła mi swoją coreczkę, a na-stepnie poszliśmy kilka metrow dalej do jej służbowego mieszkania. Kończyła się pakować przed wyjazdem do domu w Darhan na Święta Narodowe Mongolii, ktore jest 11-12 lipca. Za-proponowała mi, abym przenocował w jej mieszkaniu, a rano zostawił klucze w laboratorium. Namawiała mnie, abym pojechał do granicy pociągiem. Ja jej jednak podziękowałem i powie-działem, że Mongolia mi się podoba i sprobuję dalej jechać rowerem. Na koniec zaprosiła mnie na kolację do restauracji. Tam też byli jej wspołpracownicy z laboratorium. Każdy z nas otrzy-mał po połmisku boce i kubku herbaty z solą. Po kolacji Arja pojechała do Darhan, a ja z Chiń-czykiem o imieniu Rembo i mongolskim tłumaczem poszliśmy na zakupy. Poźniej jeszcze sie-dzieliśmy z Rembo w laboratorium ponad godzinę i po angielsku trochę rozmawialiśmy. Napi-sał mi w notesie podstawowe chińskie zwroty oraz dał swoj nr telefonu w Pekinie. Niestety, be-dzie tam dopiero 15.08.2008 r., czyli tuż przed moim planowanym wyjazdem. dystans dnia – 26,63 km czas jazdy – 2:31:43 h średnia prędkość – 10,53 km/h 10.07.2008 r. czwartek 94 dzień wyprawy Chcąc uchronić się chociaż trochę przed pustynnym słońcem, wstałem już o 5.30. Do 7-ej zdążyłem opuścić miszkanie Arji i pojść do laboratorium po rower, skąd o 7.15 wyruszyłem w drogę, a właściwie pustynne bezdroża. Wydawało mi się, że wiem w ktorą stronę jechać. Szybko jednak okazało się, że jest z tym problem. O tak wczesnej porze było mało ludzi, aby wypytać się o drogę. A ze spotkanych każdy machał ręką w dowolną stronę! Po 7 km kluczenia po bezdrożach w okolicy Aygar udało mi się zatrzymać samochod. Kierowcą była kobieta o imieniu Sara. Ona pokazała mi, w ktorą stronę mam jechać. Zgodnie z jej słowami dotarłem do torow kolejowych (ok. 3,5 km od laboratorium), przejechałem je i znowu rozwidlenie drog. Nie było kogo się spytać o drogę, więc skręciłem w lewo i jechałem wzdłoż torow kolejowych (tak miało być wg mapy). Spotkany po drodze Mon-goł potwierdził właściwość wyboru. Po 20 km spotkałem ekipe remontującą tory. Oni wytłuma-czyli mi i pokazali na mapie, że jadę w przeciwną stronę – zamiast na południowy-wschod je-chałem na połnocny-wschod. Niestety, było pochmurno, więc nie miałem jak tego zauważyć. Zaproponowali, że 1,5 h kończą prace i mogą mnie podwieźć. Ja jednak postanowiłem nie cze-kać i sam ruszyłem w drogę powrotną. Kiedy dotarłem ponownie do rozwidlenia miałem jescze dwie drogi do wyboru. Była wowczas 12.30, a ja ponownie byłem koło Aygar i 47 km drogi. Zapytałem z osobna kilka osob o drogę, a te mi już godnie ją pokazywały, więc ruszyłem. Po ok. 1 km (za gorką) dotarłem do nowo budowanej drogi oraz po prawej stronie pojawiły się tory kolejowe. Na dobry początek w napotkanym kolejnym, chińskim obozie drogowcow zo-stałem poczęstowany obiadem. Samczny był, ale bardzo pikantny. Przez jakieś 25 km częściowo korzystałem z nowo budowanej drogi (ziemia była dobrze utwardzona i rowna). Dalej niestety była ciężka, wyboista droga. Do tego momentami zapadałem się w piasku i trzeba było wyciągać z niego ważący ponad 50 kg rower. Nie zabłądziłem (co chwilę było kilka drog) tak naprawdę dzięki słypom energetycznym – już kiedy pytałem się o drogę koło Aygar sugerowano mi, abym się ich „pilnował”. Na szczęście nie było słońca i praktycznie wiatru. Przed 19-stą dotarłem do chińskiego obozu drogowcow. Tam wystarczyły słowa „Arja” i „Aygar”, aby zaproszono mnie do jednej z jurt i pokazano beczkę z wodą do mycia. Na samą kolację dotarł Mukko, mongolski tłumacz robotnikow. On zorganizował mi nocleg w innej jurcie i zaprosił na śniadanie. Sam zaś pojechał z kilkoma robotnikami do Aygar. dystans dnia – 102,12 km czas jazdy – 8:45:37 h średnia prędkość – 11,40 km/h Zdjęcia z wyprawy w naszej galerii - dziś 29nowych zdjęć Wyprawa rowerowa Pekin 2008 Wortal Rowerowe.net jest oficjalnym patronatem wyprawy.
Powered by AkoComment! |
||||||||
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
| DH i 4X |
| Maratony MTB |
| Zawody XC |
| Szosowe |
| Tor |
| BMX |
| Rajdy przygodowe AR |
| Dodaj zawody! |